Posts Tagged ‘sen’

h1

You know I dreamed about you

Luty 21, 2011

W moim domu zorganizowano małą imprezę, czy może spotkanie. Obecnych oprócz mnie było może z pięć osób.  Rozmawialiśmy.  Śmialiśmy się. W pewnym momencie osoba, z którą relacje nie układają mi się tak, jak powinny, podniosła mnie (trzymając w talii) i unosiła tak, jakbym była w stanie nieważkości. Jak na tych wszystkich filmach, gdzie astronauci odbijają się sprężyście od ścian, sufitów. Z jednej strony wkurzała mnie ta sytuacja, a  z drugiej – świetnie się bawiłam. Później osoba ta poszła spać.

W tym czasie kto inny z towarzystwa zaczął na widok pomidora robić coś, co przez Google’a może sprowadzić tutaj nieprzyzwoitych ludzi, więc nie będę szalała z opisami. Nie umiał się powstrzymać, pomimo obecności innych ludzi i starał doprowadzić się do – nazwijmy to – błogostanu. Większość była tym rozbawiona, ale mnie to somewhat niepokoiło.

Następnego dnia zeszłam na dół i zauważyłam otwarte okno w pokoju, było zimno. Na wersalce leżał kot wielkości owczarka niemieckiego, opatulony kocem tak, jakby to był strój, który pozwalał tylko na odsłonięcie twarzy (bez uszu nawet). Coś jak burrito-cat. Przymknęłam okno, bo – choć wydawał się unieruchomiony – bałam się, że zwieje.

Później byłam na dużej imprezie rodzinnej u koleżanki. Jak później wymyśliłam, to musiał być jej ślub. Zorganizowaliśmy przedstawienie. Jedi vs. Sith (3:3). Walczyliśmy w sumie całkiem na serio. Zbliżaliśmy się do siebie na linii prostej, schodziliśmy w dół po schodach na niewielką arenę. Niestety, na miejscu sprawy przybrały nieprzyjemny obrót, ponieważ po chwili było już 1 na 1 i on był ode mnie większy. Na dodatek oszukiwał. Miotanie piorunami, te sprawy… Po kilku chwilach miotania się, ktoś krzyknął, że się poddajemy, ja ochrzaniłam Sithów, że oszukiwali i poszłam do łazienki.  Tam na drzwiach znalazłam kartkę, z powodu której oceniłam na czyjej imprezie jestem i później wywnioskowałam okazję. Rozpoznałam po prostu charaktery pisma autorek.

Część napisu, którą pamiętam, brzmiała: „Wszystko jest świeże, więc nie traćcie czasu na poszukiwania”. Musiałam tymczasem lecieć na miasto coś załatwić (tutaj rzecz działa się we Wrocławiu) i biegłam na tramwaj, była XX:23. A sam tramwaj już wjeżdżał na skrzyżowanie. Wbiegłam do przejścia podziemnego w pobliżu pewnej galerii handlowej i okazało się, że budują tam dwupoziomowe metro. Wszystko było słabo zabezpieczone i  na wyższym poziomie, musiałam biec po średnio solidnych deskach nad poziomem niższym. Wszystko się telepało, a tunel był coraz węższy i coraz bardziej ubłocony. Pod koniec musiałam się czołgać, wlazłam na dziwną konstrukcję, która dziwnie się poruszała i uważałam, żeby:

a) mnie nie przecięła

b) nie spaść na dach pociągu poziom niżej

Każdy mój ruch powodował pozornie chaotyczne ruchy maszyny, powoli starałam się zrozumieć, o co w tym chodzi i nadal spieszyłam się na tramwaj… W całości uwalona błotem czołgałam się dalej.  Na końcu tunelu były nieprzejrzyste drzwi wahadłowe, a jak zdołałam ich dotknąć, to – oczywiście – zadzwonił budzik.

h1

Łaskawość moja nie zna granic

Sierpień 14, 2010

Trzy osoby => Trzy sny, bez porządku chronologicznego. Pierwszy jestem w stanie przypomnieć sobie z grubsza od  konkretnego wydarzenia.

Walka na miecze świetlne, Sith z podwójnym mieczem kontra Jedi z dwoma pojedynczymi. Walczą w jakiejś hali, której część jest zaadaptowana na – powiedzmy – pokój dzienny. W pewnym momencie dekoder zaczyna strzelać czerwonymi laserami zmieniającymi wszystkie dobre istoty w zwolenników Ciemnej Strony Mocy. Oni dalej walczą, a ja używając Mocy [ :P ] przenoszę dekoder do zaparkowanego w pobliżu tira Biedronki, po czym to samo robię z Sithem. Wiem, że w środku są płyny do płukania tkanin i że to wszystko wybuchnie. Próbujemy się schować, ale z nie do końca pożądanym skutkiem, ponieważ okazuje się wkrótce, że w tirze ktoś był i nie wszyscy spoza pojazdu zdołali porządnie się ukryć. Więc część staje się bezmyślnymi, złymi zombiakami, po których nic nie widać, ale mogą być niebezpieczne, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.
Chyba już po wybuchu powstaje taka mini osada w rzeczonej hali. Jest kilka domów, są obecni wszyscy niezbędni rzemieślnicy. Widzę po drugiej stronie „uliczki”, że na ścianie nie do końca ułożone są olbrzymie puzzle. Mam na stole przed sobą obrazek, który najwyraźniej ma tam powstać i zauważam jeden element układanki gdzieś obok. Jest na nim niepokojąca, jak to w horrorach, dziewczynka na huśtawce [czarne włosy, pusty wzrok… ;] ]. Każę komuś go tam zanieść. Gdy ta wskazana przeze mnie osoba pojawia się przy układance, okazuje się, że w jakiś sposób wybuch spowodował, że obrazek się zmienił. Obok panował w zasadzie dość spory bajzel, leżała obok drewniana, tylna noga wielkiego konia [miała dobre 3 m i zachowane proporcje]. Zombiaki przegoniły mojego wysłannika, który naskarżył, że to ja kazałam mu tam iść, ale ja już biegłam w stronę domku pani, u której zawsze można było się ukryć i wiadomo było, że nie jest ona zombiakiem. Rozmawiałam z zebranymi tam ludźmi aż zombiaki wyważyły drzwi wcześniej wspomnianą końską nogą. Obudziłam się ;)

Jakiś czas temu śniłam, że zamieszkałam w okolicy, w której były same akademiki – pomyślałam później, że to było coś w stylu Teków, ale trzeba zaznaczyć, że było duże i trochę portowe, bo było pełno mostków. I miało własną kolej.

Miałam się zakwaterować z koleżanką, wszystko było tak zawile zorganizowane, że nie byłyśmy w stanie niczego załatwić ani znaleźć naszego akademika. Gubiłyśmy się, ona prawie wpadła pod pociąg bo łaziła po torach. Ludzie byli kosmicznie niemili, w ogóle nie chcieli pomóc, wskazać kierunku, czy coś. Zostawiłyśmy swoje rzeczy u znajomej w pokoju i wyruszyłyśmy na poszukiwania. Już wiedziałyśmy, gdzie iść, ale trzeba było się przedostać przez labirynt rozsypujących się mostków. Ona pobiegła przodem i okazało się, że ten mostek wcale nie prowadzi tam, gdzie chciała, a sprawiał takie dobre dla nas wrażenie tylko dlatego, że ktoś z samorządu jakimś systemem przesunął go tak, bo akurat taka trasa mu była potrzebna. Ale już nie była, więc mostek zaczął się ruszać i koleżanka w ogóle nie miała jak się stamtąd wydostać, bo na każdym końcu czekała ją tylko kąpiel. Poszłam okrężną drogą, ale ten most wyglądał przynajmniej stabilnie. Obiecałam, że postaram się jakoś ją stamtąd wydostać, jednocześnie cieszyłam się, że tam nie polazłam za nią.
Nie pamiętam, czy udało się ją uratować ;)

Natomiast dziś w nocy… Miałam brać ślub. Pierwsza część snu już kiedyś mi się śniła. To znaczy…

Byłam krokodylem. Towarzyszył mi drugi krokodyl, bardziej obeznany w świecie. Starał się pomóc mi na początek, np. pokazywał, jak zdobyć dodatkowe naleśniki z kuchni. Kuchnię stanowił wielki prostopadłościan jadący na szynach zawieszonych w powietrzu. Wszystkie ściany były rozgrzane, żeby nikt po nich nie chciał łazić. Więc skakaliśmy na końcówkach ogonów [jak Tygrysek], mieliśmy podnieść kratki wentylacyjne i przez nie wylatywały podrzucane przez kucharza naleśniki, które zjadaliśmy na bieżąco. Ale kucharz musiał nas zauważyć przez jakiś mój błąd i spadłam na tory, ale dalej się poruszałam, a w miejscu, gdzie tory przecinała droga, zeskoczyłam na drogę i wpadłam pod autobus i dalej się poruszałam, tym razem używając Mocy. Od jakiegoś czasu miałam już ludzką postać, chociaż przejście było bardzo płynne.
Poruszałam się więc równo z autobusem, regulowałam tylko odległość pojazdu ode mnie. W pewnym momencie straciłam tą zdolność i wyglądało na to, że zaraz zostanę zgnieciona, więc postanowiłam – cały czas w ruchu – przeturlać się na pobocze, ale oczywiście nie udało mi się i tylko czekałam, aż poczuję koło na plecach i sobie umrę. Ale – jak to u mnie bywa – autobus się zepsuł na moich plecach właśnie, a ja tylko się przeciągnęłam i odeszłam gdzieś na bok. Tymże autobusem jechali goście na mój ślub, a przewoźnik już chwilę później dzwonił do mojej matki z pyskiem, że sabotuję własną imprezę i mnie zaskarżą, że specjalnie rzuciłam im się pod koła. Na szybko załatwiłam sobie adwokata. Miałam na sobie niebieską kieckę ślubną i nawet ktoś mi wcisnął jakiś bukiet. Szkoda, że nie widziałam/nie wiedziałam z kim ten ślub biorę.
Staliśmy na poboczu i czekaliśmy, chociaż nie wiedziałam na co. W końcu ktoś przekonał mnie, że jeszcze nic stracone i można dziś wziąć ten ślub, więc wsiadłam do pierwszego lepszego autobusu jadącego w dobrą stronę. Po drodze mijaliśmy siedzibę Zotta w Opolu, więc uznałam, że chrzanię to i idę kupić sobie budyń z bitą śmietaną…
Przy okazji chciałam anulować zakup książki i zamówić inną. Obie dotyczyły chyba gotowania. W punkcie obsługi klienta próbowałam kobiecie wytłumaczyć, o co mi chodzi, ale nie była zbyt pojętna i do tego wyglądała jak zasuszona ropucha.
Była 4:30 nad ranem, łaziłam po sklepie, szukając swojego budyniu, chociaż wiedziałam, że będzie można płacić dopiero o 0:15 – wiedziałam, że to znaczy, że o szóstej rano otwierają kasy.
W końcu nie znalazłam czekoladowego i ktoś za mną łaził, więc uznałam, że trzeba stamtąd zwiewać. Na zewnątrz czekała matka w samochodzie, czmychnęłam. I odjechałyśmy drogą szerokości samochodu, po obu jej stronach była przepaść.

h1

Nadszedł czas

Sierpień 10, 2010

Czuję się zmuszona ;) Sen zdarzył się przed wyborami prezydenckimi, ta informacja przyda się później ;)

To były eliminacje do jakiejś gry, jednocześnie trzeba zaznaczyć, że odpadnięcie z danego etapu było równoznaczne ze śmiercią gracza. Widziałam jak w okrągłym tunelu, złożonym z metalowej siatki o kilkucentymetrowych oczkach, przesuwają się po szynach zamontowanych po bokach uchwyty – były nie do końca zamkniętymi okręgami. Jeden leciał z jednej, drugi z przeciwnej strony. Trzeba było się złapać jak przelatywało, a leciało bardzo szybko, i nie wolno było puścić, bo oznaczało to przegraną. Widziałam jedno starcie – Cameron i Chase, obręcze zderzyły się i Chase odpadł. Pobiegliśmy do następnego etapu, ja też już nie grałam, ale jakimś cudem mogłam przyglądać się innym.

Gracze musieli jak najszybciej podłączyć się do automatu do gry, który w sumie podłączał jakby do Matriksa, bo nie było się świadomym świata zewnętrznego w czasie gry. Celem było wykonanie jakiegoś zadania przed innymi graczami.

Patrzyłam na monitor, stojąc za graczem i dawałam mu jakieś nieznaczne wskazówki. Był w okolicy przypominającej Wielki Kanion i coś go atakowało, nie wiem, co to było. Ale próbowało wyrzucić go w powietrze i zabić po prostu przez upadek z wysokości. Ale na szczęście zawsze jakoś się z tego wywijał sprzętami, które pomagały unosić mu się w powietrzu – jakieś żagle, spadochrony, latające deski surfingowe, w końcu miał jakiegoś takiego tyranozaura o zaokrąglonych kształtach, ale zwierzę to strasznie się wierciło i zrzuciło jeźdźca, co sprawiło, że wierzchowiec zniknął, jak to w grach bywa. Po chwili widziałam już wszystko tak, jakbym sama była w grze.

Staliśmy tam we dwójkę [nie znałam gracza] i wyświetliła się nam w przestrzeni informacja o tym, że w jaskiniach położonych po kilkanaście metrów nad ziemią mieszkają tubylcy. Oczywiście, chwilę później widzieliśmy, jak jeden wspina się w górę i zanim zdążyłam mu się przyjrzeć już jakiś inny mnie przewrócił i przygniótł. Był dość nieudolny, więc mogłam spokojnie sięgnąć po miecz umocowany na plecach [wiem, za dużo Wiedźmina, a o tym więcej za chwilę]. Wzięłam ów miecz i odłożyłam na bok, sugerując pokojowe zamiary. Nawet dał się przekonać. Gdy wstałam, okazało się, że jest ich kilku, a mój towarzysz też już stoi obok. Zabrali nas do swojego miasta, skrytego za jaskiniami.

Samo miasto było takie troszkę średniowieczne i skojarzyło mi się z „Second life”, bo przed niektórymi budowlami można było przeczytać tabliczki w stylu „Budynek wzorowany na siedzibie Biblioteki Głównej w Warszawie”.

Zaprowadzono nas do głównej świątyni, widać było, że szykuje się jakieś spotkanie rady miejskiej. W głównej hali stało mnóstwo zastawionych stołów, na nich leżały ciastka, które pochwaliłam słowami „Patrz, jak bosko wyrenderowane” ;) Nasz przewodnik poprowadził nas do wyjścia, po drodze widzieliśmy inną grupkę graczy, rozmawialiśmy przez chwilę z dziewczynami sprzedającymi precle [i ta myśl „Kurde, rozmawiam z NPCem*…”] i wyszliśmy. Na drzwiach wisiały plakaty o zbliżających się imprezach – miała odbyć się jedna w zależności od tego, kto wygra wybory… Pamiętam nazwę tylko jednej „Pogromo-kaczynalia” – nawet dziś nie jestem pewna, do czyjego zwycięstwa miała się odnosić ;)

*) NPC – non-player character – za wikipedią – w grach fabularnych i niektórych grach komputerowych określenie każdej postaci, w którą nie wciela się żaden z graczy. Odgrywana jest ona przez Mistrza Gry lub program.

h1

Womanek in Otherland

Marzec 20, 2010

Jak wchodziłam do tej szkoły, wiedziałam, że mam zadanie, wszystko wyglądało jak w grze o dość słabej grafice – mało szczegółów, dość kanciaste krawędzie. Budynek był pustawy, jeśli już kogoś spotykałam, to w jakimś pomieszczeniu – korytarze były puste. Przeszukiwałam pokoje, bo musiałam znaleźć papier toaletowy, żeby owinąć nim inny przedmiot związany z zadaniem, które miałam wykonać. W jednym pokoju zapytałam jakiegoś faceta, czy wie, gdzie znajdę papier. Nie czekając na odpowiedź, bo był trochę nieprzytomny, a na pewno nie była zainteresowany rozmową ze mną, przeszłam do następnego pomieszczenia, gdzie ów papier leżał na stole wśród innych przypadkowo dobranych przedmiotów. Chyba nawet wyświetlił się nad nim napis, że to papier. schowałam go, choć nie miałam żadnego plecaka ani nic w tym rodzaju, ale wiedziałam, że mam to w ekwipunku.
Wyszłam i okazało się, że korytarze są już pełne … ludzi? Żywych, prawdopodobnie zmiennokształtnych stworzeń, niektórzy cieszyli się na mój widok, mówiąc, że Surlatka wróciła, inni trochę się bali, twierdząc, że ‚on ją zabije!’. Zaniepokoiło mnie to trochę. Dowiedziałam się coś niecoś od gadającego świecznika, i wiedziałam już, kogo unikać – wielkiego bykopodobnego stwora z brodą i rogami jak Balrog [rzeczywiście tak wyglądał], a także – gdzie jestem – czyt. zawitałam [podobno znów] w Otherland. Łaziłam wśród radosnych, acz pomniejszych mieszkańców krainy [cały czas w budynku szkoły], aż w końcu wpadli w panikę i kazali mi się schować. Było tam takie zagłębienie w korytarzu [coś takiego, że po prostu jakaś przestrzeń między klasami była za mała na klasę i dlatego została wolna, co zwiększało powierzchnię dla uczniów w czasie przerwy] i pół metra przed oknem wisiały żaluzje pionowe, i pół metra dalej kolejna ich warstwa. Wbiegłam z kimś za nie i ta postać przyjęła taki kształt, że oboje wyglądaliśmy jak stół. Niestety, jak on tam przybiegł, to jeszcze żaluzje się ruszały, widziałam jego odbicie w szybie [pomiędzy pojedynczymi elementami żaluzji] – wyglądał jak we wcześniejszym opisie. Nie ruszałam się, ale oczywiście musiało mnie coś zaboleć, więc drgnęłam, co spowodowało, że on wyszarpnął szpadę, a ja rzuciłam się do ucieczki. Przebiegając obok, zauważyłam, że postać zmienia kształt upodabniając się do mniej więcej dwudziestosiedmioletniej dziewczyny [na co towarzyszący mi stworek westchnął z przestrachem – Milena…], tymczasem zdecydowanym, szybkim krokiem podszedł do niej właściwy potwór królujący tutaj. Padli sobie w objęcia i on się zmienił w przeciętnego faceta, zostawił sobie brodę.
Ona powiedziała mu tylko „Surlatka wróciła”, na co on odpowiedział „Po co mi ona, skoro mam Milenę”. Poszli sobie, ignorując mnie, choć stałam jakieś dwa metry od nich.
Ale wspomniane pomniejsze stwory i tak wierzyły, że skoro wróciłam, to ‚wszystko wróci do normy’ i ‚zajmę się tym’.
Byłam w bibliotece, gdzie większość książek była wielkości trzech-czwartych mnie [tytuł jednej z nich – Jak poradzić sobie z masywnymi wypryskami alergicznymi na nosie?], co trochę przerażało, wiedziałam też, że są tutaj gdzieś wilki arktyczne i lepiej ich nie spotkać. Gdzieś wśród książek chodziła moja matka, widać było, że tutaj pracuje po prostu. Nie miała dla mnie czasu.
Miałam wybrać właściwe książki i gdzieś je zanieść, tymczasem otworzyłam szufladę, w której były trzy wilki. Jeden siedział w kącie i warczał, podczas, gdy drugi gryzł trzeciego w kark. Wyglądało na to, że ten numer jeden po prostu chce wyjść, ale nie może, bo się zaklinował, a numer trzy nie chce mu pozwolić na opuszczenie szuflady.

Wydaje mi się, że zapomniałam o wielu rzeczach.

A co do nie załatwienia tej sprawy w „Otherland” – może jeszcze tam wrócę ;)

Kilka dni wcześniej miałam równie zawiły sen, ale pamiętam tylko dwa wątki:
Byłam na wycieczce szkolnej, to była chyba Hiszpania albo Włochy [wąskie uliczki, wszystko słoneczne], zwiedzaliśmy, a gdy mieliśmy wrócić do autobusu, okazało się, że przewodnik nie wyraża zgody, by wsiadły tam dziewczyny z niewydepilowanymi nogami i brudem pod paznokciami. Co nie było problemem, ale wzburzyło mnie niesamowicie.
Później byłam w domu kuzyna, gdzie na podwórku grupa surykatek zbudowała sobie plac zabaw. Rozwiesiła sznur, przez który każda z nich przewieszała inny sznurek i zjeżdżała sobie na dół. Na końcu osiągały takie prędkości, że bałam się o nie, ale chyba żadnej nic się nie stało. Jak skończyły, zamknęłam je w pokoju kuzyna, nie dałam im tam jednak kuwety. Niech moim komentarzem będą tylko te słowa – Okazało się, że są pod względem higieny o wiele mniej eleganckie niż koty…

h1

Running with scissors.

Luty 27, 2010

To była gra. Coś jak GTA. Prowadziłam postać faceta, który musiał zdobyć jeszcze trochę kasy, żeby mieć wstęp do klubu, w którym miało być następne zadanie, więc pojechałam kosić zboże do farmville jakiegoś wieśniaka. Jazda stamtąd była dość brawurowa, najpierw oczywiście wybiłam łokciem szybę w samochodzie, który następnie pożyczyłam i po przejechaniu kilku osób, rozbiłam się na ścianie jakiegoś budynku. Oczywiście, musiałam dojechać z jednego końca mapy na drugi, choć w sumie drogi były proste, więc zdobyłam kolejne auto i pojechałam.

Na miejscu – Tak, byłam parobkiem, który chciał się wkręcić do lokalnej mafii. Rozkazałam tam krowom, że mają wyrzygać ‘to zielone’, co one z chęcią uczyniły i nagle wyzdrowiały z jakiejś tam dolegliwości. Rozkazałam, bo: 1. one mają te pięćset żołądków i potrafią tak zrobić 2. wiedziałam, że tak trzeba to załatwić. Krowy leżały na narożniku u mnie w tzw. pokoju ‘dziennym’. Gospodyni z tej gospodary oczywiście musiała się zakochać w postaci, którą kierowałam i były przez to same problemy. Później widziałam scenę, jak ona ledwo żyje – uznałam, że musiało to być reżyserowane przez Lyncha. Pełzła po łóżku, bez nóg i jednego ramienia, przy drugiej ręce miała uciętą ‘tylko’ dłoń. Pełzła więc w stronę tej mojej postaci, co widziałam z boku, i chyba nawet nie umierała… Taki chyba był jej urok. W pokoju był generalny bajzel i dużo przedmiotów w kolorze czerwonego wina [welcome to Twin Peaks ;) ].

Później biegłam po ulicy, mijałam kolesia z dużą rodziną w taksówce, samochód ten zepsuł się i facet próbował wezwać kolejną taksówkę, żeby przewieźć siebie, żonę, dzieci i teściową na wózku gdzieśtam. Zatrzymali taksówkę, która chyba była ambulansem. Nawiasem mówiąc, krzyknął ‘taxi’ w stronę sznura taksówek – było ich tam chyba z osiem, z czego sześć żółtych. Wspominam o kolorze, bo kierowca pierwszej miał mu pomóc przy przeniesieniu wszystkiego. Facet patrzył z niedowierzaniem, a kochający mąż krzyknął ‘nie martw się pan, przyjedzie ta ze strzałką’. Nie widziałam tam żadnej takiej. Podjechała jakaś, jakieś 200 m od tej pierwszej i rzuciłam do byłego kierowcy ‘powodzenia, on i tak nie wie, czy to ta’. Poszłam sobie, ale usłyszałam jeszcze jak kierowca pytał, czy ma tam podjechać za dodatkową opłatą[a podobno taksówka zepsuta była…].

Na sam koniec umierałam. Czułam się coraz słabsza, byłam w domu. Wiedziałam, że musiałam się czymś zatruć, bo czułam dziwny zapach i kot mnie unikał. Próbowałam się uratować przez reanimację miski z dziwnym zielono-niebieskim płynem – bezskutecznie. Umyłam ręce, żeby pożegnać się z m.in. kotem, ale ten tylko dziwnie zamiauczał i wysunął długi na jakieś 15 cm język. Powiedziałam do matki ‘widzisz? To na pewno jakieś zatrucie, skoro on ma ze mną jakiś problem’.

Zadzwonił budzik.

h1

A Ty się temu nie dziwisz.

Październik 25, 2009

Minęło sporo czasu, przyznaję. Aż trudno mi coś teraz wybrać… ;) Zawsze spisuję sny, nawet jeśli wiem, że nie będę miała czasu, żeby któryś z nich tutaj zamieścić.

Byłam we Francji. Mieszkałam w kompleksie akademickim połączonym z dużym muzeum. Tak naprawdę, pamiętam tylko kilka momentów ze szczegółami. Oparta o ścianę we wspólnej łazience rozmawiałam z jakąś dziewczyną, gdy ta myła zęby. Byłam też na plaży, piękna, błękitna woda. Co dziwne – morze było bardzo niespokojne, chociaż nie wiało ani też w polu widzenia nie przepływał żaden statek. Ale fale były wielkie, co chwilę musiałam uciekać z ręcznikiem przed wodą. W pewnym momencie naokoło mnie zrobiło się tak gęsto od ludzi, że zebrałam manatki i poszłam gdzie indziej. Wylądowałam w miejscu, gdzie od deptaka do wody plaża miała z 20 m szerokości i była nachylona pod bardzo dużym kątem. Obok mnie, na pasie jakichś 5m woda co chwilę podnosiła się aż do promenady. Siedziałam zaraz obok i patrzyłam na to, bo wyglądało dość nadzwyczajnie. Widziałam tam kilka znajomych osób, ktoś nawet mnie rozpoznał i rozmawialiśmy chwilę – opowiadałam mu o kimś dla mnie ważnym – zupełnie nie wiem, czemu. Zrobiło się już trochę późno, więc wróciłam do akademika [?].

Tam przebrałam się w nieźle dopasowany garnitur, w którym z powodzeniem mogłam udawać chłopaka. Włosy też ułożyłam tak, żeby nie wyglądały szczególnie kobieco. I poszłam szukać niedostępnej dla zwykłych śmiertelników części muzeum, gdzie sprzedawano kradzione obrazy. A budynek pełen był bardzo podobnych do siebie korytarzy i przejść, które naprawdę trudno było odróżnić. Musiałam znaleźć jeden konkretny korytarz, wejść do dużej sali, gdzie te obrazy wisiały, pooddzielane drzwiami, za którymi agenci muzeum przebrani w te śmieszne białe peruki, finalizowali transakcje. Jak zwykle – najważniejszy był pewny krok. I najlepiej by było, gdyby nikt akurat nie wychodził z któregoś z tych pokoi. Jak jakieś drzwi się otwierały, to manewrowałam tak, żeby być odwrócona plecami do nich. Przeglądałam nieoficjalny katalog, niestety trafiłam w takie miejsce, gdzie wisiały same obce mi obrazy, więc za bardzo się tam kręciłam szukając czegokolwiek, na czym mogłabym zawiesić oko. W końcu postanowiłam wyjść, pech chciał, że akurat jakaś dwójka kolesi była wolna i mogli mi się przyjrzeć. Wiedziałam, że wszystkich, którzy przychodzili tutaj po raz pierwszy, obowiązywał jakiś rytuał inicjacji po to, by wszyscy pracownicy ich kojarzyli, żeby nikt obcy się tam nie dostał niezauważony. Usłyszałam uniżone „Dobranoc, paniczu”, na co minimalnie skłoniłam głowę, nawet się nie zatrzymując. Jeden z nich powiedział już ciszej „znasz tego młodego człowieka?” i zaczął się pościg. Byłam już za zakrętem i zaczęłam biec na zapas :P Krzyczeli, że ‚wtargnął crack!’. Przebiegłam obok przysypiającego strażnika, którego przedtem minęłam obojętnie i – następnie – próbowałam się połapać w istnym labiryncie schodów. Przeskakiwałam po kilka stopni, z ostatnich partii zeskakiwałam przeskakując przez barierkę, ale tamci też się nie męczyli. W końcu tak się zamotałam, że mnie otoczyli, ale machnęłam ręką i wskoczyłam w najbliższe lustro. Czary mary. Przeskakiwałam między lustrami, słysząc przytłumione głosy ścigających, że w końcu i tak mnie dopadną, po czym wyskoczyłam z lustra zaraz przy nich. Uśmiechnęli się z zadowoleniem, na co ja się uśmiechnęłam po swojemu… Zażyczyłam sobie w myśli przeskok do lustra w łazience akademika i wskoczyłam tam. Stamtąd ruszyłam do pokoju, zmieniając po drodze trochę strój, żeby już nie wyglądał zbyt męsko, z włosami postąpiłam podobnie.

I obudziłam się. ;)