Posts Tagged ‘jarjar’

h1

Ucieczki i śluby, trudno je czasem rozdzielić.

Marzec 25, 2012

Zaczęło się od tego, że trzymałam w dłoni zwierzątko, którego ciało było pokryte taką bardzo skórzastą, wydawałoby się grubą powłoką (ale jednocześnie było na tyle małe, że ta skóra nie mogła być zbyt gruba), było najwyraźniej zwierzęciem wodnym, bo miało cztery płetwy, a jego twarz była podobna do JarJar Binksa – uszy chyba też służyły jako płetwy. Rozmiarowo – jakieś 25 cm długości. Musiałam go chronić, ktoś próbował znaleźć to stworzenie i jeszcze dwójkę jego towarzyszy, którzy wyglądali inaczej i różnili się rozmiarem. Biegłam więc po mieście, które było bardzo Salzburgowate. Sens ucieczki polegał na tym, że zwierzęta te, gdy pozwolić im na dosłownie chwilowy pobyt w wodzie, potrafiły przekształcić się w ptaki i przez jakiś czas lecieć (aż – w sumie dość szybko – zmieniały się z powrotem). Momentami więc goniłam trzy ptaki – sikorkę, gawrona i jakiegoś drapieżnego – tylko po to, żeby później móc udostępnić im pojemnik z wodą na chwilę, z którego wylewałam je w powietrze, gdzie przechodziły transformację i zwiewały już same.
Biegłam więc ulicami wiekowego, górskiego miasteczka (trudno jest użyć innego słowa, jak jest się przyzwyczajonym do zupełnie innej – wyższej – zabudowy) i zgarniałam wodę z małych fontann. Miasto było przeładne, wszędzie barokowe wstawki, wydawało się takie trochę oderwane od szarej rzeczywistości. Przy okazji próbowałam zgubić goniących nas agentów, którzy niestety bardzo dobrze zlewali się z tłumem, ale najczęściej dało się ocenić po jakichśtam niewielkich odchyleniach w ich zachowaniu, że są wrogo nastawieni, czy może nerwowi. Wyglądali jak zwykle przechodnie – starsi panowie w beżowych płaszczach i kapeluszach, czasem z psem na smyczy. Był moment, w którym się przewróciłam i te małe głupki wylądowały obok mnie, ale już po chwili uciekaliśmy dalej. Doszło też do starcia z jakimś agentem – nie miałam wtedy dostępu do wody i musiałam go na chwile zatrzymać, żeby moi podopiecznie zdołali jakoś się stamtąd wydostać. On nie mógł zdradzić sie z tym, że jest agentem, więc próbowałam właśnie jakoś od tej strony podejść do sprawy i zmusić go, żeby nie reagował (dyskrecja była dla nich bardzo, bardzo ważna). Miał na smyczy białego wyżła z czarnymi oznaczeniami/łatami/watevr.
Nastąpiła zmiana wątku. Dobiegłam do hotelu, bo trzeba było zacząć przygotowywać się do ślubu kościelnego siostry. Siostra (w ciąży) miała wyjść za Foremana z pewnego niezwykle popularnego serialu. Miałam kupioną kremową kieckę już dużo, dużo wcześniej. Oczywiście, nie umiałam jej znaleźć. Jej górna część była jakby gorsetem z grubej, pokrytej od zewnętrznej strony futrem – coś jak bardzo solidny, gruby kożuch wywinięty specjalnie na lewą stronę, cokolwiek, zapinany z przodu na haftki. Byliśmy już spóźnieni, ale trzeba było jeszcze zagonić ludzi do hotelu, żeby się poprzebierali i sprawdzić salę. W hotelu, który wyglądał trochę jak akademik, w którym mieszkałam we Francji, się zgubiłam. Musiałam wejść do pokoju, w którym – jak się okazało – stała do mnie tyłem naga kobieta, której sylwetka była w kształcie prostokąta, od którego odstawały tylko ręce i głowa. Przeprosiłam, wzięłam z pokoju to, co musiałam i wyszłam.
Sprawdzanie sali zaowocowało dwoma wnioskami – 1. podłoga była niesamowicie śliska, żegnajcie hulanki i swawole; 2. byliśmy bardzo spóźnieni. Ale to drugie nie było aż tak ważne, bo ksiądz się nie ciskał, że się grzebiemy – w końcu klient płaci, to klient wymaga. Sala była ogromna, na środku było wielkie koło przeznaczone do tańca, miało przynajmniej trzydzieści metrów średnicy. Gdzieś w oddali było widać stoliki, a w górze wielkie kryształowe żyrandole. Dlaczego stwierdziłam ,że podłoga była śliska? Ponieważ w drodze od wejścia do sali do jej środka przewróciłam się trzy razy. Ot tak.