h1

Dawno temu

Listopad 29, 2010

Na początku chcę zaznaczyć, że nie pamiętam tych snów tak dobrze, jak chciałabym pamiętać.

Pierwszy – nazwijmy go roboczo (choć Księcia Persji nie oglądałam ani nie grałam w grę) Piaskami czasu ;)

Stojąc na plaży, widziałam bramę/przejście, za którym na bank był inny wymiar/alternatywny wszechświat. Ktoś próbował przekonać mnie, że wcale tak nie jest. Mogę spokojnie przechodzić i po prostu będę stała dalej – nic więcej. Oczywiście, ktośtam (moja siostra?) musiał przeleźć przez bramę, co i mnie do tego zmusiło. Tam okazało się, że jestem ścigana, choć tak naprawdę nikt ze ścigających nie wie, jak wyglądam. Więc mogłam bez problemu przemieszczać się po terenie i nikt mnie nie nagabywał. Zwiedzałam sobie i zbierałam informacje o swoim domniemanym wrogu. Był w jakiś sposób uśpiony w wielkiej, pionowej ścianie, na której widoczne były tylko jakieś inskrypcje, coś jak hieroglify. Obserwowałam to przez chwilę, wyciągałam wnioski.
Nie wiem, co dokładnie spowodowało, że ściana zaczęła się rozpadać, a na kolejnych poziomach zamiast obrazków widziałam już realnych wojowników, rydwany, bicze i inne takie ciekawe (chociaż w tamtej sytuacji nie do końca).
Prawdopodobnie stało się to dlatego, że zostałam rozpoznana. Ale jak – nie wiem. Zmierzałam ku sercu świątyni, gdzieś na najwyższym piętrze wielkiego budynku z białego marmuru. Użyłam windy. W końcu interesowało mnie czterystaktóreś piętro. Po drodze zmyliłam pościg, który wysłałam na jakiś inny – niższy – poziom.
Na miejscu spotkałam się z już żywym łysym, postawnym mężczyzną. Ubranym jakoś tak staroegipsko. Tak, był tym właśnie wspomnianym wyżej wrogiem. Rozmawialiśmy, wywiązała się walka. Poszły w ruch bicze i zakrzywione miecze. (Może oglądałam wcześniej Aladyna? ;) ) Nie wiem, kto wygrał. Ale na pewno usłyszałam wiele słów od niego, chociaż i tak nie uda mi się ich przytoczyć.

Drugi sen, powiedzmy, był ciekawszy. Chociażby z tego powodu, że lepiej go pamiętam.

Sporą grupą mieliśmy zamieszkać w jakimś niesamowicie odpicowanym domu, który został kiedyśtam opuszczony przez jego mieszkańców. Jakieś dwadzieścia osób, parter i piętro, obsługa w domu…
Najpierw zastanawialiśmy się, kto dostanie jaki pokój. Pomieszczenia były zadbane i ładnie wyposażone. Każdy był w stanie znaleźć coś dla siebie. Wiele wskazywało na to, że zajmę sobie pokój po jakiejś (nomen omen) Kasi. Podobno niesamowicie złośliwej i najmniej przyjemnej w obyciu mieszkanki domu. Sam pokój był niewielki, ale zaraz przy nim była biblioteczka, do której dostęp był tylko z pokoju i na tej samej zasadzie łazienka. W biblioteczce znalazłam wiele książek, które mi się podobały, wiele też takich, które planowałam przeczytać, no i… kolekcję książek z ilustracjami z bajek Disney’a, a także chyba pełny zestaw Kaczorów Donaldów.  Coraz bardziej byłam przekonana ;)
Pozwiedzałam cały dom, wypytywałam ludzi o pokoje, które wybrali i o przyczyny ich decyzji. Oglądałam je. Rozmawiałam z majordomusem ( ;) ) o tym, komu wcześniej służyły dane pomieszczenia.
Gdzieś w piwnicy natknęłam się na tunel w czarnym kamieniu, kończył się schodami prowadzącymi w górę. Wylądowałam w wielkiej, kilkupoziomowej bibliotece. Weszłam na jeden z balkonów i rozmawiałam z osobami, które przyszły tam ze mną. Panowało wśród nas przekonanie, że nie możemy niczego stamtąd wynieść, bo stanie się coś nieprzyjemnego ;) A oprócz książek było tam pełno różnych ciekawych drobiazgów, często pierdołowatych, ale przecież akurat ja lubię takie najbardziej ;)
Gdy wracałam, trafiłam w jakąś odnogę tunelu, gdzie przetrzymywany był jakiś mały stwór, który próbował mnie odciągnąć od myśli o zamieszkaniu tutaj. Uwolniłam go, uciekł, wróciłam na górę. Wyszłam na zewnątrz i okrążyłam cały dom. Znalazłam na zewnątrz szafkę kuchenną, w której stały jakieś puste puszki.
Wróciłam do środka, usiadłam na stosie poduszek pod ścianą w pokoju dziennym, oparł się o mnie jeden z tam obecnych. Siedzieliśmy sobie przez jakiś czas, rozmawialiśmy wszyscy, niektórzy w tym czasie wnosili swoje rzeczy. Dowiedzieliśmy się, że raz na jakiś czas następuje po prostu całkowita wymiana mieszkańców domu, ale nikt nie powiedział nam, czym była spowodowana.
Po jakimś czasie takiej sielanki majordomus zamienił się w zombiaka, chłopak oparty o mnie zaczął dziwnie charczeć, więc go zabiłam, zanim zmienił się w nieumarłego. Majordomusowi urwałam łeb i z kilkoma osobami odpornymi na te przemiany wybiłam wszystko, co zmieniło się w wyżej wymienione stworzenia.
Później wywnioskowaliśmy, że w domu musi być jakiś czynnik, który powoduje, że osoby podatne zmieniają się w zombiaki, a my najwyraźniej byliśmy na to odporni.
I właśnie ten czynnik uznaliśmy za przyczynę udostępnienia nam domu i to, że raz na jakiś czas wszyscy jego nowi mieszkańcy znikali ;)

Reklamy
h1

Dziś krótko

Wrzesień 26, 2010

Pomyśleć, że wczoraj znowu jęczałam, że coś sny mi ostatnio nie wychodzą ;) Ale to tak zawsze jest.

To był Wrocław, choć jednocześnie mój dom rodzinny. Cztery osoby jeździły na łyżwach – ja byłam w glanach, choć brzegi podeszew [kosmos, nie wiedziałam, że tak jest poprawnie…] były ostre, więc w zasadzie mogłam szaleć.
Dwójka kolegów umiała czarować, a ja wprost powiedziałam, że nie chcę się tego uczyć [nie mam pojęcia, dlaczego – może już umiałam ;) ], a znajoma udawała, że nic takiego nie potrafi, choć próbowała już wcześniej nauczyć się sama. W czasie jazdy pozostawiałam za sobą czerwone ślady, a oni niebieskie. Po jakimś czasie poszliśmy zakwaterować mnie do akademika ;)

Okazało się, że dwójka wspomnianych kolegów zajmuje się obrotem poczty w dwóch różnych akademikach. Po wyjściu z domu studenckiego z jednym z nich zauważyłam kurczaczka błąkającego się z dala od kwoki. Obok, we wgłębieniach słupów elektrycznych zauważyliśmy dwa gniazda bielika amerykańskiego, w każdym z nich po jednym pisklaku. Kurczak wspiął się po słupie i usiadł na grzbiecie jednego z piskląt. Oczywiście tutaj następuje moment paniki, który zakończył się dość szybko, bo kurczak postanowił zejść na dół i schować się przed matką orzełków.

Coś jeszcze się działo, ale już nie pamiętam.

h1

Łaskawość moja nie zna granic

Sierpień 14, 2010

Trzy osoby => Trzy sny, bez porządku chronologicznego. Pierwszy jestem w stanie przypomnieć sobie z grubsza od  konkretnego wydarzenia.

Walka na miecze świetlne, Sith z podwójnym mieczem kontra Jedi z dwoma pojedynczymi. Walczą w jakiejś hali, której część jest zaadaptowana na – powiedzmy – pokój dzienny. W pewnym momencie dekoder zaczyna strzelać czerwonymi laserami zmieniającymi wszystkie dobre istoty w zwolenników Ciemnej Strony Mocy. Oni dalej walczą, a ja używając Mocy [ :P ] przenoszę dekoder do zaparkowanego w pobliżu tira Biedronki, po czym to samo robię z Sithem. Wiem, że w środku są płyny do płukania tkanin i że to wszystko wybuchnie. Próbujemy się schować, ale z nie do końca pożądanym skutkiem, ponieważ okazuje się wkrótce, że w tirze ktoś był i nie wszyscy spoza pojazdu zdołali porządnie się ukryć. Więc część staje się bezmyślnymi, złymi zombiakami, po których nic nie widać, ale mogą być niebezpieczne, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.
Chyba już po wybuchu powstaje taka mini osada w rzeczonej hali. Jest kilka domów, są obecni wszyscy niezbędni rzemieślnicy. Widzę po drugiej stronie „uliczki”, że na ścianie nie do końca ułożone są olbrzymie puzzle. Mam na stole przed sobą obrazek, który najwyraźniej ma tam powstać i zauważam jeden element układanki gdzieś obok. Jest na nim niepokojąca, jak to w horrorach, dziewczynka na huśtawce [czarne włosy, pusty wzrok… ;] ]. Każę komuś go tam zanieść. Gdy ta wskazana przeze mnie osoba pojawia się przy układance, okazuje się, że w jakiś sposób wybuch spowodował, że obrazek się zmienił. Obok panował w zasadzie dość spory bajzel, leżała obok drewniana, tylna noga wielkiego konia [miała dobre 3 m i zachowane proporcje]. Zombiaki przegoniły mojego wysłannika, który naskarżył, że to ja kazałam mu tam iść, ale ja już biegłam w stronę domku pani, u której zawsze można było się ukryć i wiadomo było, że nie jest ona zombiakiem. Rozmawiałam z zebranymi tam ludźmi aż zombiaki wyważyły drzwi wcześniej wspomnianą końską nogą. Obudziłam się ;)

Jakiś czas temu śniłam, że zamieszkałam w okolicy, w której były same akademiki – pomyślałam później, że to było coś w stylu Teków, ale trzeba zaznaczyć, że było duże i trochę portowe, bo było pełno mostków. I miało własną kolej.

Miałam się zakwaterować z koleżanką, wszystko było tak zawile zorganizowane, że nie byłyśmy w stanie niczego załatwić ani znaleźć naszego akademika. Gubiłyśmy się, ona prawie wpadła pod pociąg bo łaziła po torach. Ludzie byli kosmicznie niemili, w ogóle nie chcieli pomóc, wskazać kierunku, czy coś. Zostawiłyśmy swoje rzeczy u znajomej w pokoju i wyruszyłyśmy na poszukiwania. Już wiedziałyśmy, gdzie iść, ale trzeba było się przedostać przez labirynt rozsypujących się mostków. Ona pobiegła przodem i okazało się, że ten mostek wcale nie prowadzi tam, gdzie chciała, a sprawiał takie dobre dla nas wrażenie tylko dlatego, że ktoś z samorządu jakimś systemem przesunął go tak, bo akurat taka trasa mu była potrzebna. Ale już nie była, więc mostek zaczął się ruszać i koleżanka w ogóle nie miała jak się stamtąd wydostać, bo na każdym końcu czekała ją tylko kąpiel. Poszłam okrężną drogą, ale ten most wyglądał przynajmniej stabilnie. Obiecałam, że postaram się jakoś ją stamtąd wydostać, jednocześnie cieszyłam się, że tam nie polazłam za nią.
Nie pamiętam, czy udało się ją uratować ;)

Natomiast dziś w nocy… Miałam brać ślub. Pierwsza część snu już kiedyś mi się śniła. To znaczy…

Byłam krokodylem. Towarzyszył mi drugi krokodyl, bardziej obeznany w świecie. Starał się pomóc mi na początek, np. pokazywał, jak zdobyć dodatkowe naleśniki z kuchni. Kuchnię stanowił wielki prostopadłościan jadący na szynach zawieszonych w powietrzu. Wszystkie ściany były rozgrzane, żeby nikt po nich nie chciał łazić. Więc skakaliśmy na końcówkach ogonów [jak Tygrysek], mieliśmy podnieść kratki wentylacyjne i przez nie wylatywały podrzucane przez kucharza naleśniki, które zjadaliśmy na bieżąco. Ale kucharz musiał nas zauważyć przez jakiś mój błąd i spadłam na tory, ale dalej się poruszałam, a w miejscu, gdzie tory przecinała droga, zeskoczyłam na drogę i wpadłam pod autobus i dalej się poruszałam, tym razem używając Mocy. Od jakiegoś czasu miałam już ludzką postać, chociaż przejście było bardzo płynne.
Poruszałam się więc równo z autobusem, regulowałam tylko odległość pojazdu ode mnie. W pewnym momencie straciłam tą zdolność i wyglądało na to, że zaraz zostanę zgnieciona, więc postanowiłam – cały czas w ruchu – przeturlać się na pobocze, ale oczywiście nie udało mi się i tylko czekałam, aż poczuję koło na plecach i sobie umrę. Ale – jak to u mnie bywa – autobus się zepsuł na moich plecach właśnie, a ja tylko się przeciągnęłam i odeszłam gdzieś na bok. Tymże autobusem jechali goście na mój ślub, a przewoźnik już chwilę później dzwonił do mojej matki z pyskiem, że sabotuję własną imprezę i mnie zaskarżą, że specjalnie rzuciłam im się pod koła. Na szybko załatwiłam sobie adwokata. Miałam na sobie niebieską kieckę ślubną i nawet ktoś mi wcisnął jakiś bukiet. Szkoda, że nie widziałam/nie wiedziałam z kim ten ślub biorę.
Staliśmy na poboczu i czekaliśmy, chociaż nie wiedziałam na co. W końcu ktoś przekonał mnie, że jeszcze nic stracone i można dziś wziąć ten ślub, więc wsiadłam do pierwszego lepszego autobusu jadącego w dobrą stronę. Po drodze mijaliśmy siedzibę Zotta w Opolu, więc uznałam, że chrzanię to i idę kupić sobie budyń z bitą śmietaną…
Przy okazji chciałam anulować zakup książki i zamówić inną. Obie dotyczyły chyba gotowania. W punkcie obsługi klienta próbowałam kobiecie wytłumaczyć, o co mi chodzi, ale nie była zbyt pojętna i do tego wyglądała jak zasuszona ropucha.
Była 4:30 nad ranem, łaziłam po sklepie, szukając swojego budyniu, chociaż wiedziałam, że będzie można płacić dopiero o 0:15 – wiedziałam, że to znaczy, że o szóstej rano otwierają kasy.
W końcu nie znalazłam czekoladowego i ktoś za mną łaził, więc uznałam, że trzeba stamtąd zwiewać. Na zewnątrz czekała matka w samochodzie, czmychnęłam. I odjechałyśmy drogą szerokości samochodu, po obu jej stronach była przepaść.

h1

Nadszedł czas

Sierpień 10, 2010

Czuję się zmuszona ;) Sen zdarzył się przed wyborami prezydenckimi, ta informacja przyda się później ;)

To były eliminacje do jakiejś gry, jednocześnie trzeba zaznaczyć, że odpadnięcie z danego etapu było równoznaczne ze śmiercią gracza. Widziałam jak w okrągłym tunelu, złożonym z metalowej siatki o kilkucentymetrowych oczkach, przesuwają się po szynach zamontowanych po bokach uchwyty – były nie do końca zamkniętymi okręgami. Jeden leciał z jednej, drugi z przeciwnej strony. Trzeba było się złapać jak przelatywało, a leciało bardzo szybko, i nie wolno było puścić, bo oznaczało to przegraną. Widziałam jedno starcie – Cameron i Chase, obręcze zderzyły się i Chase odpadł. Pobiegliśmy do następnego etapu, ja też już nie grałam, ale jakimś cudem mogłam przyglądać się innym.

Gracze musieli jak najszybciej podłączyć się do automatu do gry, który w sumie podłączał jakby do Matriksa, bo nie było się świadomym świata zewnętrznego w czasie gry. Celem było wykonanie jakiegoś zadania przed innymi graczami.

Patrzyłam na monitor, stojąc za graczem i dawałam mu jakieś nieznaczne wskazówki. Był w okolicy przypominającej Wielki Kanion i coś go atakowało, nie wiem, co to było. Ale próbowało wyrzucić go w powietrze i zabić po prostu przez upadek z wysokości. Ale na szczęście zawsze jakoś się z tego wywijał sprzętami, które pomagały unosić mu się w powietrzu – jakieś żagle, spadochrony, latające deski surfingowe, w końcu miał jakiegoś takiego tyranozaura o zaokrąglonych kształtach, ale zwierzę to strasznie się wierciło i zrzuciło jeźdźca, co sprawiło, że wierzchowiec zniknął, jak to w grach bywa. Po chwili widziałam już wszystko tak, jakbym sama była w grze.

Staliśmy tam we dwójkę [nie znałam gracza] i wyświetliła się nam w przestrzeni informacja o tym, że w jaskiniach położonych po kilkanaście metrów nad ziemią mieszkają tubylcy. Oczywiście, chwilę później widzieliśmy, jak jeden wspina się w górę i zanim zdążyłam mu się przyjrzeć już jakiś inny mnie przewrócił i przygniótł. Był dość nieudolny, więc mogłam spokojnie sięgnąć po miecz umocowany na plecach [wiem, za dużo Wiedźmina, a o tym więcej za chwilę]. Wzięłam ów miecz i odłożyłam na bok, sugerując pokojowe zamiary. Nawet dał się przekonać. Gdy wstałam, okazało się, że jest ich kilku, a mój towarzysz też już stoi obok. Zabrali nas do swojego miasta, skrytego za jaskiniami.

Samo miasto było takie troszkę średniowieczne i skojarzyło mi się z „Second life”, bo przed niektórymi budowlami można było przeczytać tabliczki w stylu „Budynek wzorowany na siedzibie Biblioteki Głównej w Warszawie”.

Zaprowadzono nas do głównej świątyni, widać było, że szykuje się jakieś spotkanie rady miejskiej. W głównej hali stało mnóstwo zastawionych stołów, na nich leżały ciastka, które pochwaliłam słowami „Patrz, jak bosko wyrenderowane” ;) Nasz przewodnik poprowadził nas do wyjścia, po drodze widzieliśmy inną grupkę graczy, rozmawialiśmy przez chwilę z dziewczynami sprzedającymi precle [i ta myśl „Kurde, rozmawiam z NPCem*…”] i wyszliśmy. Na drzwiach wisiały plakaty o zbliżających się imprezach – miała odbyć się jedna w zależności od tego, kto wygra wybory… Pamiętam nazwę tylko jednej „Pogromo-kaczynalia” – nawet dziś nie jestem pewna, do czyjego zwycięstwa miała się odnosić ;)

*) NPC – non-player character – za wikipedią – w grach fabularnych i niektórych grach komputerowych określenie każdej postaci, w którą nie wciela się żaden z graczy. Odgrywana jest ona przez Mistrza Gry lub program.

h1

Nie zdolam sie odciac od tych lolitek.

Kwiecień 29, 2010

Podam tylko jedno haslo z Google’a:

– jak znaleźć lolitki

Nie wiem i nie chce wiedziec. Przechodze obecnie pewne trudnosci techniczne, dlatego przepraszam za brak polskich znakow.

Przechodzac do wlasciwego tematu – od razu mowie, ze nie wszystko pamietam:

Zanim zasnelam, dostalam zyczenia spokojnych snow, pelnych puchatych owieczek skubiacych trawke na laczce. Rano odpisalam mniej wiecej:

– czlowieku, gdybys widzial te dinozaury…

Znowu bylam w szkole, tym razem w podstawowce swej. Szlam korytarzem na pietrze i katem oka przyuwazylam w jednej z klas dinozaura, zrobionego prawdopodobnie szydelkiem z grubej welny. Byl bialo-brazowo-rozowy. Siegal mi mniej wiecej do mostka, jak zadarl leb, to troche wyzej. Wygladal na takiego padlino-miesozernego, czyli dosc mocne tylne lapy i male przednie, ale zeby jakos nieszczegolnie wielkie.

Jakis uczen sie go wystraszyl i zaczal uciekac, co oczywiscie spowodowalo, ze stwor sie zainteresowal i zaczal gonitwe. Stanelam zwierzeciu na drodze, probowal mnie ugryzc swoimi welnianymi zabkami, co zaowocowalo tylko tym, ze wydarlam sie:

– DO DOMU!

I dinozaur, popiskujac, poczlapal z powrotem do klasy.

Pozniej bylam na terenie osrodka wypoczynkowego w mojej okolicy. Byla nowa edycja konkursu, ktory kiedys przegralam, a teraz bylam juz za stara, zeby brac w nim udzial [granica wiekowa byla chyba ok. 15 lat]. Analizowalam trase z organizatorami i przypominalam sobie wydarzenia z czasow, gdy sama bralam udzial. Czulam, ze moja druzyna byla wtedy na dobrym tropie. Kopalismy na tym zapuszczonym terenie, w jakichs piwnicach. Bardzo blisko jeziora, wiec wszystko bylo podmokle. Wyslalam jednego z uczestnikow, zeby kopal glebiej, ale niestety zaczal sie topic w tym, co wykopuje, wiec go odwolalam stamtad. Okazalo sie, ze to bylo wlasciwe miejsce, niestety.

Postanowiono jednak wcielic mnie do, khem khem, elitarnej grupy, ktora miala sie dalej za to zabierac. Poszlam schodkami w dol i – jako dowodca [ :P ] – dostalam w rece czapke – furazerke z napisem:

„I CAN SPEAK TO DINOSAURS”

Nikt inny nie potrafil tego przeczytac.

Podszedl wtedy do mnie dinozaur taki sam jak wczesniej, tylko z krwi i kosci. Cos sobie powarkiwal, co w mojej glowie przeksztalcalo sie w zwykle slowa [nie pamietam tresci jego wypowiedzi ;) ]. Pojawil sie Sayid [postac z Lostow], podalam mu ta czapke i tez zaczal go rozumiec.

Po czym sie obudzilam ;)

h1

So what?

Kwiecień 17, 2010

Jakbym grała w Postala albo tą nową grę, gdzie postać trzeba nawet umyć (Heavy rain). W każdym razie, byliśmy w domu. Było chyba jakieś święto, a nikt z mojej najbliższej rodziny nie mógł opuścić terenu mojego podwórka. Ojciec darł się do kogoś, kto najwyraźniej stał daleko, żeby dowiedzieć się, kto jest w kościele. Jak zwykle chciał mnie do czegoś przekonać, nieskutecznie zresztą. Miałam zaopiekować się jakimś wyjątkowo opornym, małym kotem. I przyszła też moja chrześnica, miała lizaka. Na odchodnym pokazała mi ‘fuck you’, na co ja zupełnie spokojnie i z uśmiechem powiedziałam – „jak już będziesz w domu, to wsadź sobie ten lizak w dupę. Dobrze?” – młoda tylko przytaknęła. Po tym, jak ona i jej rodzice sobie poszli, to po nie więcej niż dziesięciu minutach przyleciał jej ojciec z pytaniem do mnie – czy coś jej grozi, jeśli już ten lizak wyjęli i w ogóle. Uspokoiłam, że nic jej nie będzie.

Później byłam gdzieś z matką. Był to dzień, w którym wcześniej w szkole pobiłam trzech kolegów, co znaczyło, że popełniłam grzech i nie zdołam niczego kupić w sklepie do jedzenia, bo nie zasłużyłam. Więc poszłam sprawdzić. Machnęłam chyba jakiegoś Liona i coś tam, położyłam na taśmie, w tym momencie jakiś koleś położył przed moje rzeczy folię aluminiową i generalnie próbował się wrypać z całym wózkiem zakupów, więc starałam się go odstraszyć. To znaczy – odkładałam jego rzeczy dalej od swoich i za moje. Choć on uparcie kładł je z przodu.

Walnęłam go raz, drugi, trzeci. Później przywaliłam mu jakimś prętem metalowym, odsunął się, więc zaczęłam rzucać w niego tymi ogranicznikami. W końcu odpuściłam, jak stał daleko, więc on zaczął rzucać we mnie. Podnosiłam tylko od niechcenia rękę i wszystko się odbijało, ew. lekko się uchylałam. Denerwował mnie, więc zrobiłam mu jednorodną papkę z wszystkich warzyw, jakie miał w koszyku. To go dość mocno wkurzyło, bo rzucił we mnie czymś, co tliło się z jednej strony. Wpadło do koszyka, który natychmiast mocno odepchnęłam i petarda odpaliła gdzieś za regałami na szczęście. Miałam być już następna i chyba koleś przede mną zamienił mi Liony na Marsy, co zauważyłam, bo przecież Marsów nie lubię. W międzyczasie tamten koleś ustawiał petardy, żeby wystrzeliły w moją stronę, co uznałam na dobry moment do ewakuacji. Jak podpalił ich lonty, to podciągnęłam się na taśmę obok, przebiegłam po niej i wybiegłam ze sklepu, wszystko wybuchło. Z szybami musieli się pożegnać.

Biegłam w stronę Twin Peaks Aquapark i już ten sklep był strasznie Postalowy, a teraz… Ludzie w basenach normalnie w ciuchach, butach i tak dalej. Miałam w tym Aquaparku zarezerwować bilety na film, cena – 3 – 4 zł. Multimedialny, dotykowy stand, który do tego służył jakoś tak się ciął i nie chciał współpracować.

Były tam stanowiska, które umożliwiały grę np. w pokera z maszyną. Albo ruletkę, czy co tam się chciało. Była trochę afera o ten hazard, cała wieś się zebrała w tej sporej altanie będącej wspomnianym Aquaparkiem. Po zebraniu, któremu się nie przysłuchiwałam, ludzie ostanowili zostać tam na noc. Widziałam jak agent Cooper z bólem zerka na Annie śpiącą obok policjanta. Nie miałam okazji by go pocieszyć, bo poszłam tam, gdzie miała być wspomniana wcześniej sala kinowa. Dopadł mnie tam Balrog i zaciągnął do jaskini, w której urzędował Saruman. Wyglądało na to, że chcieli mnie złapać od dawna. Mieli mnie zamknąć w klatce (rozsypywała się), jednak wcześniej miałam chwilę, żeby zwiedzić jaskinię. Na ścianach były stare, odpadające malowidła. Widniał na nich Balrog, jacyś magowie, szkielety. Nie podobały mi się, więc zaczęłam je zdzierać jak nie patrzyli. Pod tym z Balrogiem znalazłam świetnie zachowany (widać, że po prostu lepszej jakości) obraz Eowiny zabijającej coś dziwnego.

Byli rozkojarzeni na tyle, że zdołałam zbiec. Później byłam w szkole, gdzie widziałam się z ludźmi, którzy mnie próbowali znaleźć, jak tylko dowiedzieli się, że zostałam porwana. Wiedziałam, że będę musiała się ukrywać. Dlatego nie chciałam niczego ruszać w klasie, żeby Balrog mnie tak łatwo nie wytropił.

Niestety, obudziłam się, nie doprowadziwszy sprawy do końca.

h1

Jak mogło być, a jak nie było.

Kwiecień 6, 2010

Znowu umarłam. Chociaż w sumie nie.

Jako że oszukał nas pewien drow, byłam w innym ciele i – by wrócić do swojego – ktoś musiał mnie zabić. Ciało już ogarniał paraliż, czekałam na problemy z oddychaniem, ale nie pojawiały się. Mając złe przeczucie – płakałam. Leżałam na korytarzu szkoły uważanej za jedną z lepszych we Wrocławiu.

Wtedy ktoś oparł o mnie nogę, co – delikatnie mówiąc – rozjuszyło mnie na tyle, że już byłam prawie całkiem pozbawiona chęci zejścia z tego świata. Wydarłam się „Ja tu, kurwa, umieram!”. Uczeń był na tyle głupi, że dalej nie dawał mi spokoju. Zadzwoniłam do dawnego znajomego, byłego ucznia tej szkoły, żeby udowodnić, że jednak ta placówka żadną rewelacją nie jest.

Sekretarka ze swojej kanciapy dolała oliwy do ognia, podając smarkaczowi moje dane. Widząc to, wstałam i pomaszerowałam na trzecie piętro do gabinetu dyrektora.  Do interwencji nie doszło, bo zostałam wyrwana ze snu.

Dzień wcześniej pojawił się ciekawszy wątek. Byłam w górach z matką.

Szłyśmy sobie pod górę po łące, gdy zauważyłam, że na szczycie tej górki biegnie peleton ucharakteryzowanych w różny sposób lam [Lama glama]. Wyciągnęłam telefon, żeby zrobić zdjęcie, gdy w moją stronę odbiły dwie osoby – znajomi, którzy powiedzieli mi, że jadą do Japonii, ale najwyraźniej tego nie zrobili. Tłumaczyli, że w ostatnim momencie zostali wysłani na konwent lekarzy tutaj. Poszliśmy do schroniska.

Rozmawialiśmy, oglądając występ studentów przebranych za erytrocyty z wypisanymi na nich grupami krwi. Ze znudzeniem stwierdziłam, że widziałam to już kilka razy i mogliby wreszcie wzbogacić repertuar. Szukaliśmy przez chwilę toalety, zastanawiałam się, czy nie weszliśmy niezgodnie z oznakowaniem, ale były pół-koedukacyjne, więc zastanawianie się nad tym było tylko częścią wymienianych złośliwości :P

Zapytałam jednego z nich, co to trigeminia, na co odparł, że „to takie coś z prądami”. Czyli tyle, ile wiedziałam sama.

Szukałam czegoś na terenie ośrodka, znalazłam tylko kolczyki, których nawet nie chciałam. Po czym wyszłam przed budynek, żeby zaczekać na mamę w samochodzie. Usiadłam na miejscu pasażera i pomyślałam „Cholera, najgorzej by było, gdyby ruszył sam”. Co oczywiście nastąpiło chwilę później. Nie byłam w stanie przesiąść się na miejsce kierowcy, mogłam jedynie kręcić kierownicą.

Ruch był – jak na złość – spory. Pełno rowerzystów, psów, kur i innych samochodów. Omijałam to wszystko dość sprawnie, choć auto jechało dość szybko.  Po jakimś czasie zauważyłam pośrodku drogi rowerzystę – pomyślałam „Szlag, żeby się tylko nie przewrócił”.

Tak, przewrócił się. Odbiłam w lewo, żeby go ominąć, ale facet zupełnie świadomie próbował mi się przeturlać pod koła. Odbijałam coraz mocniej w lewo, ale przejechanie go było nieuchronne. Jak już miałam go zabić – zadzwonił telefon.