Archive for the ‘kot’ Category

h1

Dużo dużo.

Październik 28, 2007

;)

W każdym razie wygląda na to, że całkiem sporo się dzieje pomimo tego, że trwa pozorny spokój. I pomimo tego, że właściwie nie jestem w stanie tego opisać. Z drugiej strony niech ten filmik jest wystarczającym powodem do update’u.

Wytłumacz kotu, że sikorka to kumpel, a nie żarcie.

h1

Kurde

Maj 19, 2007

Czuję w tym momencie dziwne znużenie swoimi snami, choć są takie… takie jakie są. I właściwie trudno nazwać je nudnymi, ale nic to.

Sesja kota u psychoanalityka, który ma stwierdzić, skąd bierze się kocia agresja [już to jest co najmniej śmieszne]. Nic interesującego się nie dzieje, Berserk zachowuje się naturalnie [czyt. biega jak debil], a sen przechodzi w…

Zwyczajny niezwyczajny dzień. Odwiedziny nie tak całkiem dalszej rodziny. Córka kuzynki [w wieku lat około sześciu, a może siedmiu…] postanawia sprawdzić, czy koty potrafią odnaleźć wśród sterty czosnku kawałek czosnku właśnie, wcześniej otarty o kocie futro. I w związku z tym chowa ten czosnek, gdzie popadnie, a metody jego ukrywania są niczym z jakiegoś filmu rodzinnego/przygodowego. Hustanie się na lianie i przypinanie go w rózne miejsca, wtykanie do najrozmaitszych kryjówek i tym podobne. Za każdym razem kot błyskawicznie odnajduje czosnek, najlepszy jest moment, gdy przyglądam się tym akcjom i zauważam, że zza węgła wychyla się mój czarny, delikatnie mówiąc, wkurwiony kicur w jakimś białym kaskopodobnym czymś i rzuca się na czosnek.
Dochodzi do próby ostatecznej… Czosnek zostaje ukryty poza domem bez mojej wiedzy, a kot wypuszczony na zewnątrz. Wszystko odbywa się w radosnej atmosferze poszukiwań podsycanej przez rodziców dziewczynki. [kretytnizm z ich strony]

Kot ucieka, co oczywiste. Orientuję się po jakimś czasie [ktoś mi mówi o tym?] i wybiegam natychmiast, by od razu pojawić się na torach, których jest tak cholernie dużo, że mam wrażenie, że to w pobliżu stacji głównej naprawdę dużego miasta. Błądzę i błądzę… Miejsca się zmianiają: ruchliwe ulice, supermarkety, centra handlowe… Z jednego z nich wybiegam, jest już ciemno. Chcę przebiec przez drogę, ale w porę zauważam szyny tramwajowe i nadjeżdżający pojazd tego typu. Więc biegnę przy tramwaju. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, ktoś mi towarzyszy, tj. biegnie za mną. Po sprowokowanym przeze mnie spotkaniu okazuje się, że podobnej próbie poddano jego psa i teraz chłopak [pierwszy raz go w życiu widzę] liczy na to, że mu pomogę. Biegniemy razem… Ulica, tramwaj po prawej, za nim park, po lewej las. Między drzewami biegnie postać w czarnym płaszczu, cylindrze i ciemnych okularach. Czy równolegle do nas? No ba! Pewnie, że tak.

Tym razem jednak jest to troszkę stresujące. Droga przechodzi w leśny trakt, a my biegniemy coraz szybciej i szybciej… Dochodzi jednak do spotkania, w czasie którego postać ta prosi nas o pomoc. Potrzebuje jakiejś pierdółki, którą ma dać komuś w prezencie z okazji święta, które miało miejsce przed dwudziestoma dwoma dniami, jednak nasz profesor [bo okazuje się być osobą z kadry pobliskiego uniwersytetu (w środku lasu!)] dwadzieścia dwa dni temu rozpoczął picie i obudził się niedawno, więc jest mu zwyczajnie wstyd. W zamian ma odnaleźć nasze zwierzątka. Kto by się nie zgodził?

Ktoś nie-naiwny. My się nie wahaliśmy. Szukaliśmy teraz czegoś zupełnie innego w miasteczku uniwersyteckim, do którego nas zaprowadził ten mężczyzna. Nie tylko on ostro popił, bo chodziło tam wielu półprzytomnych… pracowników naukowych. Przechodziliśmy przez korytarze, pokoje i inne pomieszczenia, nieraz okrutnie duże. Dotarliśmy wreszcie do jakiejś dziewczyny, która miała potrzebny nam przedmiot. Deseczka z wypalonym na niej czyimś adresem, obok namalowano niebieską różę. [nie było specjalnie ładne, ale to akurat nie należało do spraw istotnych] Wtedy w moim ‚tymczasowym’, bo związanym ze snem, umyśle pojawiła się myśl, że przecież to było w Lostach [a nie było]! Następnie przyszło mi do głowy coś w rodzaju „Jejku, co za debilizm… Jak mogłam samą siebie wsadzić do tego durnego filmu”.

Zdobyliśmy deseczkę i usłyszałam męski głos gdzieś za sobą „No Józiu, chodź tu… kici kici…”, co było oczywistym zawołaniem do mojego kota. Już prawie się odwróciłam, ale [zawsze na koniec musi być to cholerne ‚ale’] coś mnie obudziło.

h1

Strach, radość…

Kwiecień 18, 2007

Dawno nie budziłam się z płaczem. Naprawdę dawno…

Pokój, wiem, że tam mieszkam, choć widzę to pomieszczenie po raz pierwszy. Wchodzę do środka, na podłodze w kręgu siedzi kilka kobiet, rozkładają karty… Wróżą sobie? Nie zwracam na to szczególnej uwagi, mam inne sprawy na głowie. Uciekł mi kot.

Po jakimś czasie przez okno widzę, jak do dziury w ścianie budynku, po kablu wchodzą najróżniejszej maści koty. Czarno białe, rude, rudo białe, szylkretowe i w wielu innych wersjach kolorystycznych. Jeden z nich – miniaturowy [wielkości przeciętnego kota] albinotyczny tygrys bengalski – wskakuje przez uchylone okno i przez chwilę stresuje swoją obecnością osoby w pokoju. Zdaje się być groźny. Dowiaduję się wkrótce, że miejsce dokąd szły koty było siedzibą grupy tych stworzeń. Dowodzi nimi duża, czarna kotka, która każe nazywać siebie królową Mab [Tak, zupełnie jak „Królowa serc”]. Ma kleszcza nad lewym okiem. Kotka potrafi mówić, więc próbuję się dowiedzieć, co się stało z moim kotem… Moja rozmówczyni uznaje, że rzeczywiście ostatnio pojawił się ktoś nowy.

W tym momencie sen przechodzi w koszmar. Nieważne.

Za to dwie noce temu śniłam o Wrocławiu. O tym, że matka nie chce tu przyjechać, bo po dworcu rozlazły się aligatory, dotąd spokojnie zamieszkujące sobie Odrę. A i wiatr strasznie wieje. Tak mocno, że przechylają się zdrowo palmy rosnące tuż za moim oknem…

Cud się stał! Koło z chemii do przodu.

h1

Możliwości wyszukiwarek.

Kwiecień 13, 2007

I – tak po prawdzie – ich wpływ na nas.

Przeczytałam dziś jedno z haseł,  dzięki któremu ktoś wszedł na tą stronę. Chodziło mniej więcej o to, co należy robić, gdy kot traci na wadze. Po cichu liczę na to, że ta osoba tu jeszcze zajrzy… Gwałtowne przybranie na wadze, bądź utrata ciężaru ciała kota może być sygnałem, że z naszym ulubieńcem dzieje się coś paskudnego, dlatego swojego przypadkowego czytelnika/czytelniczkę błagam o wizytę z kotkiem u weterynarza, bo to tak naprawdę jedyne wyjście, które może w jakikolwiek sposób pomóc.

Naprawdę wierzę, że to może się przydać. I życzę powodzenia.

h1

Hej hej hej

Styczeń 29, 2007

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Mówiła, że będzie jasne. Egzamin do przodu, matematyka do przodu. A ta radość… Nikt by się nie spodziewał aż takiego szczęścia chyba. Inna sprawa, że nie miało prawa być inaczej. Wszystko albo nic, a „nic” nikomu by nie podeszło, prawda? Przynajmniej nikomu rozsądnemu. Bo czemu „pocieszna, poczciwa dziewuszka” nie miałaby mieć powodów do radości?

Zaczyna się odliczanie do szóstego lutego. Wtedy nadejdzie ten dzień, kiedy fuks [znowu] będzie decydował. On zawsze ma głos najwyższej wagi. Przynajmniej w jej przypadku.

Dziewczyna usiądzie na swoim szczęśliwym miejscu w sali K, ze szczęśliwym kotkiem na szyi i szczęśliwym długopisem w ręce, wiszącym nad szczęśliwym blokiem listowym…

A propos bloku. Służy już tylko do pisania kolokwiów, a pomyśleć, że kupiony został w zupełnie innym celu. Zupełnie innym…

Czasy się zmieniają. Ale jedno jest pewne. Koty tracą futro. Włosy są wszędzie. Na chlebie, w chlebie, wśród notatek, na klawiaturze, w wannie, na stole, na ciuchach, na poduszce, w telefonie (!). Wszędzie. Kiedy to się skończy, na bogów? Pyta, a wie, że to dopiero się zaczęło…