Archive for the ‘bardziej prywatnie’ Category

h1

Dziś krótko

Wrzesień 26, 2010

Pomyśleć, że wczoraj znowu jęczałam, że coś sny mi ostatnio nie wychodzą ;) Ale to tak zawsze jest.

To był Wrocław, choć jednocześnie mój dom rodzinny. Cztery osoby jeździły na łyżwach – ja byłam w glanach, choć brzegi podeszew [kosmos, nie wiedziałam, że tak jest poprawnie…] były ostre, więc w zasadzie mogłam szaleć.
Dwójka kolegów umiała czarować, a ja wprost powiedziałam, że nie chcę się tego uczyć [nie mam pojęcia, dlaczego – może już umiałam ;) ], a znajoma udawała, że nic takiego nie potrafi, choć próbowała już wcześniej nauczyć się sama. W czasie jazdy pozostawiałam za sobą czerwone ślady, a oni niebieskie. Po jakimś czasie poszliśmy zakwaterować mnie do akademika ;)

Okazało się, że dwójka wspomnianych kolegów zajmuje się obrotem poczty w dwóch różnych akademikach. Po wyjściu z domu studenckiego z jednym z nich zauważyłam kurczaczka błąkającego się z dala od kwoki. Obok, we wgłębieniach słupów elektrycznych zauważyliśmy dwa gniazda bielika amerykańskiego, w każdym z nich po jednym pisklaku. Kurczak wspiął się po słupie i usiadł na grzbiecie jednego z piskląt. Oczywiście tutaj następuje moment paniki, który zakończył się dość szybko, bo kurczak postanowił zejść na dół i schować się przed matką orzełków.

Coś jeszcze się działo, ale już nie pamiętam.

h1

Proszę Pana

Czerwiec 23, 2009

Jak wszyscy wiedzą, Kasia miała szczęście i dlatego pojedzie sobie na kurs francuskiego latem. Ta informacja jest potrzebna, żeby zrozumieć kawałek tego, co tam zaraz stworzę, a sen został sklejony przez mój mózg jak za starych dobrych czasów…

Jest zamek, jakby disney’owski, naokoło pełno postaci z bajek. To ponoć impreza organizowana przez jeden z najbardziej popularnych portali społecznościowych w Polsce, pełno postaci z bajek. Słyszę hasło, że przy spotkaniu grupy postaci usłyszy się wierszyk, jeśli wyłowi się z niego rym, to możliwy będzie odbiór interesującej nagrody. Jeden z nich brzmi „Królewna Śnieżka jest garbata”. Staram się coś ułożyć z tego, co słyszę od różnych grup. W końcu zostaję zabrana na latający dywan przez szalonego Rosjanina w wieku ok. sześćdziesięciu lat, którego celem jest cofnięcie się w czasie, by zawładnąć nad światem. Tymczasem facet ten stara się znaleźć sobie zwolenników, których odnajdzie w przeszłości i wychowa na swoich uczniów i chce ich przekonać do Matuszki Rosji, tłumacząc, że te wszystkie bajki mają swoje korzenie właśnie w tym kraju. To znaczy Królewna Śnieżka powstała na podstawie opisu Anastazji, Święty Mikołaj – wiadomo, nawet znalazł odpowiednik dla syrenki Ariel, ale nie potrafię go sobie już przypomnieć.

Zauważyłam wtedy pewne poruszenie, okazało się, że w zamku zaczyna brakować wody i jedyne zapasy zostały wywiezione w głąb pustyni na rydwanie zaprzęgniętym w dwie owce [jedna musiała nosić okulary, biedna], sterowanym przez dwa szalone chomiki, którym towarzyszyła Zebra z Madagaskaru [miał na imię Marty, czy jakoś tak]. Uciekli na pustynię, leciałam za nimi [już sama, szaleńca wyrzuciłam po drodze] i tam zamierzali wodę sprzedawać. Nakłoniłam ich do powrotu i od tej pory kierowałam tą pseudokarawaną. Pustynia była piaszczysto-skalista. Gdy wysforowałam lekko do przodu, żeby sprawdzić teren, zauważyłam, ze w pewnym miejscu trasy piasek układa się jakoś dziwnie. Gdy zbliżyłam się tam, z piachu wyłonił się Dżinn, który zamierzał nas najzwyczajniej w świecie zabić. Zaśmiał się groteskowo i zapytał „Któż wam teraz pomoże?”, na co jeden chomik odparł „chyba jeże w oborze”.

Dżinn nie bardzo rozumiał, więc przemknęliśmy chyłkiem… Zorientował się po chwili, że został wykiwany [omg…] i rozpoczął pościg, zagrzebał się w piachu i rył w nim jak kret, goniąc nas. Przy czym zaznaczył, że będzie nas gonił tylko do krawędzi najbliższego jeziora. Po drodze jeden z facetów zasłabł, więc zarzuciłam go sobie na ramię [:D] i biegłam dalej. Jeden z chomików napuścił na Dżinna swojego tresowanego jeża. Udało nam się dobiec do krawędzi jeziora i wreszcie odpoczęliśmy. Wiedziałam, że jestem teraz gdzieś we Francji i że mój kurs językowy w Cannes już trwa. Zdziwiłam się, że okolice tego miasta wyglądają zupełnie jak moja wiocha, ale uznałam, że najwyraźniej tak ma być. Zjedliśmy śniadanie, zepsułam telefon stacjonarny, którego nikt nie potrafił naprawić, a mi się nie chciało sprawdzać, czy umiem. Większość osób poszła się gzić po krzakach, a ja zwiedziłam okolicę. Na wszystkich budynkach można było wypatrzyć symbole religijne, jakieś figury Maryi, czy inne takie. Usłyszałam wtedy moją ciocię, która uznała, że też by taki chciała.

Czas płynął, a ja na dwa dni przed końcem kursu zorientowałam się, że coś jest nie tak [rychło w czas…], zaczęłam się rzucać, że miałam mieć 4h kursu dziennie, że miało być w Cannes, a jak to jest to miasto, to ja jestem królowa duńska i tak dalej. Nie próbowano mnie przeprosić, ale taka już chyba mentalność Francuzów z tego, co słyszałam ;)

Nie pamiętam już, co mnie obudziło ;)

h1

i znów zakwitną bzy…

Kwiecień 26, 2009

Czytałam przed chwilą frazy wpisywane do Google’a, przerażają i śmieszą za każdym razem.

Nieistotne, w każdym razie chwalę się w końcu, że wiele się w moim życiu zmieniło. Tymczasem…

Byłam w szkole na zwyczajnej lekcji angielskiego, nauczyciel na początku zapytał, kiedy chcemy kartkówkę, zaśmialiśmy się tylko. Czekał, czekał, trochę się zdenerwował, w końcu stwierdził, że mamy się zdecydować, bo inaczej zrobi ją teraz. Umówiliśmy się na za dwa tygodnie, lekcja się skończyła, zaczęła się kolejna… Było jakieś zaliczenie/sprawdzian. Jedna osoba czytała tekst i tak długo jak czytała bezbłędnie, inna osoba mogła pokonywać tor przeszkód na ocenę. Osoba pokonująca tor mogła sobie wybrać kogoś, kto będzie dla niej czytał. Czytałam dla kilku osób, mieli szczęście, bo jakoś tak szło mi to dobrze, po trzeciej chyba wyszłam klasy, bo już mi się nie chciało – wiedziałam, że coraz więcej osób będzie mnie o to męczyć, a musiałam wrócić szybko do domu. Na korytarzu zaczepiła mnie woźna, zaczęła opowiadać, że nie powinniśmy mieć za złe zgryźliwości facetowi z angielskiego, bo stracił córkę niedawno. Wyszłam na zewnątrz i postanowiłam iść do domu pieszo. Idę, idę, w końcu zatrzymał się jakiś samochód – w nim wspomniany nauczyciel, zaoferował się, że mnie podwiezie, bo i tak jedzie do tej samej wiochy. Ok, wsiadłam, jechał z leksza za szybko jak dla mnie, w pewnym momencie zwróciłam uwagę na to, że po obu stronach drogi jest woda, jakby droga była jakąś taką trasą przecinającą jezioro – poziom wody był równo z drogą. Zaczynałam się powoli bać, że zostanę porwana. Niestety, facet w pewnym momencie gwałtownie skręcił, okazało się, że trochę pod powierzchnią wody jest pomost, ale fakt faktem koleś jechał na pamięć, twierdząc, że jego ojciec kiedyś jechał z nim tędy – zmartwiło mnie trochę to, że wszystko od tego czasu mogło tam zgnić… Jedziemy, jedziemy, wokoło już jakieś bagna, niby bagna, ale też mam wrażenie, że jeździmy po zrujnowanych drewnianych domach – fragmenty ścian, mebli, dawno nikogo tu nie było na pewno. Mam rozglądać się za czymś, co moim zdaniem by trzeszczało. Zauważam święcący białobłękitnym światłem sześcian o boku mniej więcej 20 cm, zatrzymujemy się i zabieramy go, później szukamy czegoś mniejszego, płaskiego – znajdujemy to, ale nie pamiętam do czego było potrzebne. W sześcianie ukryte jest wieczne pióro, białe z brzydkimi kwiecistymi złoceniami i jakby wyrzeźbionym gęsim piórem na końcu, a wokół stalówki było pełno czerwonego syfu, jakby krwi. Nałożyłam stalówkę, a jak chciałam napełnić pióro atramentem, to dowiedziałam się, że nie trzeba. Powiedział, że mam coś nim napisać, przy pisaniu okazało się, że rzeczywiście pisze na czerwono i poprawia błędy ortograficzne, to znaczy nie da się napisać czegoś z błędem. Okazuje się, że pisała nim kiedyś moja siostra. Mam odłożyć je na miejsce, ale kartkę sobie zostawiam, bo chcę wyekstrahować atrament i otrzymać z niego jakiś środek do zrobienia kremu usuwającego niedoskonałości skóry [yeah]. Dostaję się z powrotem do wiochy, gdzie jest szkoła, idę z matką do niej do pracy, ma tam być jakaś ekipa remontowa. Dwaj faceci leżą kompletnie pijani, nadzy. Jeden na biurku – ma protezę zamiast nogi, swoją drogą tak dziwnie wygiętą, że aż robię zdjęcie, uznając to za swego rodzaju sztukę […]. Drugi śpi na stole. Rozmawiają z nami jacyś policjanci, gubią ‘przypadkiem’ marihuanę w postaci sznurka, moja matka ją sobie przywłaszcza, bo postanawia spróbować. Zachowuje się później dziwnie, ale nie mogą jej nic zarzucić, dopiero czepiają się, jak próbuje zjeść kubek. Duży kubek. Wkłada go sobie do ust, po czym dochodzi do siebie i zaczyna się śmiać, że ‘ahaha jaka to ona głupia, bo chciała zjeść kubek’.
Wtedy ktoś odkręcił wodę w kuchni.

h1

Would you…

Lipiec 30, 2008

…lie with me and just forget the world?

Wiem, że nie.

Tak, tak, to cytat z jakiejś piosenki. Szczerze mówiąc nie słyszałam jej, ale wiem, że istnieje. Who cares.

Sny szlag trafił, są monotematyczne, chciałabym się ich pozbyć, bo tematyka mnie martwi i wolałabym ich nie pamiętać w takiej postaci, ale może kiedyś wrócą te stare dobre marzenia senne, które nie miały bezpośredniego związku z nadziejami/lękami/blabla.

Ale fakt faktem, jakiś czas temu po przebudzeniu spisałam dwa sny, które chyba warto przytoczyć. Tęsknię za tymi powalonymi, ale… nic nie poradzę na to, że jest jak jest. Nie ma co narzekać.

W takim razie przy dźwiękach „Nad pięknym, modrym Dunajem” spiszę to, co przyśniło mi się dość dawno temu. [Zamierzam nauczyć się walca i nawet już mam kogoś, kto mnie nauczy. Ha, Kasia zdobywa nowe skille.]

Po przeczytaniu notatek, spisanych po przebudzeniu, stwierdzam, że już drugiej połowy prawie nie pamiętam… Jednak:
Jest cel, dobiec do wagonu pociągu i wsiąść doń, zanim ruszy [nieistotny wydaje się fakt, że ten akurat jest odczepiony]. Towarzyszy mi szóstka dzieci [wiek ok. 7-8 lat; trzy dziewczynki, trzech chłopców]. Wsiadamy… Pociąg rusza, ten wagon póki co nie bardzo… Cała akcja skupia się w tym momencie na dołączeniu do reszty składu. Wagon jest przyciągany oddziaływaniami magnetycznymi [ :P ], które czasem działają, czasem nie. Ma miejsce kilka akcji typu „Kasia biega po całym pociągu, sprawdzając ciągłość jakichś kabli”, czy „Kasia wychyla się z wagonu i zahacza o wodospad, pod którym przejeżdża aktualnie pociąg” albo „Kasia chroni pociąg przed złoczyńcami”. Standard.
Do wagonu wpada trzech facetów ze złymi zamiarami, jednak podjudzone [przeze mnie] dzieci zaczynają działać im na nerwy, co otwiera drogę obsłudze [i oczywiście głównej bohaterce :P ] do pacyfikacji [powiedzmy] oprychów. Bolało ich.
Sen przeszedł w tzw. fazę drugą. Szykujemy platformę na jakąś paradę [ja, kuzyn i kolega Krzyś], niestety nie pamiętam na jaką… W notatkach stoi „związaną z Wł. M.” – żałuję, że nie umiem tego rozwinąć [władzami miasta? oO]. Nie możemy dojść do porozumienia w kwestii wyglądu, malujemy raz po raz innymi kolorami… Jako główną atrakcję przyjmujemy wymyślony przez Krzyśka mały, zdalnie sterowany helikopterek, który będzie atakował gapiów :P [Widzę tutaj wyraźne odniesienie do GTA, niestety ;) ]

Tej samej nocy, lecz wcześniej, śniłam inny sen…

Jestem „gorylem” i mam swojego podopiecznego wyprowadzić ze szpitala, jest tam też drugi ochroniarz. Przez oszklone wyjście widzę sportowy samochód pod szpitalem. ‚Przeczucie’ mówi mi, że siedząca w środku dwójka to policjanci. Zaczyna się strzelanina. Jacyś znajomi wyprowadzają ‚Dona’, kolega zostaje postrzelony, ja zresztą też. Muszę zawrócić, żeby towarzysza oddać w ręce lakarzy. Po drodze zabijam jakiegoś policjanta. Muszę przebić się przez stary browar, żeby dostać się z powrotem do szpitala, ale pościg sprawia, że muszę ukryć się pod płachtą starego brezentu. Spod niego wycieka strużka krwi, jednak komisarz, który wbiega do hali, pomimo tego, że mnie zauważa, wychodzi bez słowa.
Tracę przytomność [?], po jej odzyskaniu ból jest mniejszy [jasssne…], ktoś chce mnie wyprowadzić z tego miejsca, dostępne jest dwoje drzwi: niezniszczone, ale obwiązane czarną, jedwabną apaszką i drugie – zdemolowane, trochę zablokowane gruzem. Upieram się, żeby odwiązać chustkę, ale wydaje się to być hm… niewłaściwe. To dość ciekawe, bo nie wiadomo czemu. Jakieś takie tabu. Sprawa nie zostaje rozstrzygnięta, bo akcja przenosi się do lasu, gdzie idę w dół, owinięta w koc, z innym uciekinierem „w stronę ognisk”. Po jakimś czasie rzeczywiście zauważamy światła… Przy najbliższym siedzą już trzy inne osoby. Jako jedyna jestem tutaj „nowa” i okazuje się, że takie własnie osoby wykorzystywane są do sprawdzania działania świeżo odkrytych ‚ziółek’/’grzybków’ i im podobnych. Zostaję wysłana do innego ogniska, do którego mam wrzucić jakieś zielsko i wdychać dym… Niestety, rozpoznaję rośliny :P To wymiotnica i coś, co nazywam „daisy” i we śnie to poprawna nazwa, choć roślinka ta wcale stokrotką nie jest. Na szczęście, niczego nie musze wdychać, bo zostaję dośc brutalnie wyrwana ze snu ;)

h1

Jest super, jest super…

Grudzień 19, 2007

Tylko trochę szkoda.

Był dzień jak co dzień. Gdy w pewnym momencie kot zaczął mi tłumaczyć, że zostanie władcą świata. Po angielsku. Nie wiem, dlaczego nie chciał słuchać moich argumentów… Że nie może się porywać na takie rzeczy, że przecież jest moim kotem… Ale nie, syczał i z położonymi uszami powtarzał „I shall be the Emperor!”

Zażądał zablokowania pewnej autostrady we Włoszech, bo w innym wypadku będzie musiał zmusić swoich ludzi [czyt. właścicieli jego podwładnych kotów] do zrobienia czegoś złego. Autostrada ta, którą pokazywał mi na jakimś modelu 3D na komputerze, była dość nietypowa… Bo w przypadku zablokowania ruchu drogowego na pasach, które były niżej, samoloty na pasach wyższych startowały szybciej.

Niestety, musiałam posłuchać, co zaowocowało tym, że kotek wysłał swoje koty do Włoch. Zorganizował desant. Oglądałam transmisję na żywo, jak inne koty skakały ze spadochronami… Nie wszystkim udało się wylądować bezpiecznie, ale większość dotarła do celu. W tym momencie nastąpiła zmiana scenerii i okazało się, że jestem w tym kraju i staram się zniweczyć kocie plany. Byłam na terenie jakiegoś gospodarstwa [?], gdzie rozlokowano w różnych miejscach ładunki wybuchowe, które zostały rozbrojone dzięki mnie i osobom mi towarzyszącym.

Zatem plan mojego kota nie został zrealizowany i kicur nie przejął kontroli nad światem. Jak już do niego wróciłam, to – szczerze mówiąc – gryzło mnie poczucie winy, że kotek nie może spełnić swoich… marzeń. Było mi go naprawdę żal, ale jakoś się pogodził z tym, że jest znowu tylko moim kotem.

Zapewne po prostu przełożył swoje plany na później. ;)

h1

W dzień po.

Październik 29, 2007

Muzyka usypia. Dzień wymęczył. Wiatr wyziębił. Sernik zapełnił. Budzik brutalnie… Chociaż nie, nie spałam już.

Dwadzieścia lat minęło jak ten jeden dzisiejszy dzień, hm? ;) Trafiłam jakiś czas temu na blog jakiegoś faceta [usunięty już zresztą], gdzie właściciel w dzień swoich urodzin zrobił takie świetne kalendarium, przedstawiając każdy swój dotychczasowy dzień urodzin najlepiej jak potrafił. Pomysł był naprawdę boski. Ja tego nie zrobię z dwóch bardzo prostych powodów – 1. to już nie dziś; 2. pewnie nie zdobyłabym się na to. Jednak wydaje mi się, że pomysł wart jest przynajmniej wspomnienia.

Gdy dziś w nocy okazało się, że jestem w laboratorium zakładu chemii organicznej na zajęciach z chemii analitycznej [wiem, świetnie brzmi], wiedziałam, że coś ciekawego się wydarzy. Wykonywałam swoją – powiedzmy – „pracę”, gdy w końcu zajrzałam do mieszanej kolby [która stała w szafce przez tydzień], okazało się, że patrzę przez to szkło jakby wgłąb oceanu… Unosił się w nim wirując powoli pluszowy miś [taki, jak to produkowano w latach sześćdziesiątych, pełen trocin] pozbawiony prawej łapki. Chwaliłam się przez czas jakiś znajomym, a chwilę później okazało się, że jadę pociągiem. Patrzyłam przez okno, jak zwykle zresztą. Moją uwagę zwróciły przewrócone brzozy, po których „pełzały” wyładowania elektryczne [żółte, o dziwo], chciałam zatrzymać pociąg, żeby jakoś je uspokoić, bo bałam się, że wybuchnie pożar, ale szybko okazało się, że błyski, które widziałam były czymś zupełnie innym. Zachodzące światło odbijało się od rozpiętych pomiędzy trawami i [stojącymi jeszcze] drzewami pajęczyn. Grubych i bardzo lepkich pajęczyn, o czym przekonałam się jak wystawiłam dłoń za okno – natychmiast mnie oblepiło dziadostwo. Widok był niesamowity – wszystko na zewnątrz otoczone było wielką pajęczyną, jedne pasma były szersze, inne węższe, ale zdawało się, że wszystkie stanowią równie niebezpieczną pułapkę.

Nie powinnam czytać tak dużo o żadnych pajęczych królowych ;)

h1

Dużo dużo.

Październik 28, 2007

;)

W każdym razie wygląda na to, że całkiem sporo się dzieje pomimo tego, że trwa pozorny spokój. I pomimo tego, że właściwie nie jestem w stanie tego opisać. Z drugiej strony niech ten filmik jest wystarczającym powodem do update’u.

Wytłumacz kotu, że sikorka to kumpel, a nie żarcie.