h1

Dawno temu

Listopad 29, 2010

Na początku chcę zaznaczyć, że nie pamiętam tych snów tak dobrze, jak chciałabym pamiętać.

Pierwszy – nazwijmy go roboczo (choć Księcia Persji nie oglądałam ani nie grałam w grę) Piaskami czasu ;)

Stojąc na plaży, widziałam bramę/przejście, za którym na bank był inny wymiar/alternatywny wszechświat. Ktoś próbował przekonać mnie, że wcale tak nie jest. Mogę spokojnie przechodzić i po prostu będę stała dalej – nic więcej. Oczywiście, ktośtam (moja siostra?) musiał przeleźć przez bramę, co i mnie do tego zmusiło. Tam okazało się, że jestem ścigana, choć tak naprawdę nikt ze ścigających nie wie, jak wyglądam. Więc mogłam bez problemu przemieszczać się po terenie i nikt mnie nie nagabywał. Zwiedzałam sobie i zbierałam informacje o swoim domniemanym wrogu. Był w jakiś sposób uśpiony w wielkiej, pionowej ścianie, na której widoczne były tylko jakieś inskrypcje, coś jak hieroglify. Obserwowałam to przez chwilę, wyciągałam wnioski.
Nie wiem, co dokładnie spowodowało, że ściana zaczęła się rozpadać, a na kolejnych poziomach zamiast obrazków widziałam już realnych wojowników, rydwany, bicze i inne takie ciekawe (chociaż w tamtej sytuacji nie do końca).
Prawdopodobnie stało się to dlatego, że zostałam rozpoznana. Ale jak – nie wiem. Zmierzałam ku sercu świątyni, gdzieś na najwyższym piętrze wielkiego budynku z białego marmuru. Użyłam windy. W końcu interesowało mnie czterystaktóreś piętro. Po drodze zmyliłam pościg, który wysłałam na jakiś inny – niższy – poziom.
Na miejscu spotkałam się z już żywym łysym, postawnym mężczyzną. Ubranym jakoś tak staroegipsko. Tak, był tym właśnie wspomnianym wyżej wrogiem. Rozmawialiśmy, wywiązała się walka. Poszły w ruch bicze i zakrzywione miecze. (Może oglądałam wcześniej Aladyna? ;) ) Nie wiem, kto wygrał. Ale na pewno usłyszałam wiele słów od niego, chociaż i tak nie uda mi się ich przytoczyć.

Drugi sen, powiedzmy, był ciekawszy. Chociażby z tego powodu, że lepiej go pamiętam.

Sporą grupą mieliśmy zamieszkać w jakimś niesamowicie odpicowanym domu, który został kiedyśtam opuszczony przez jego mieszkańców. Jakieś dwadzieścia osób, parter i piętro, obsługa w domu…
Najpierw zastanawialiśmy się, kto dostanie jaki pokój. Pomieszczenia były zadbane i ładnie wyposażone. Każdy był w stanie znaleźć coś dla siebie. Wiele wskazywało na to, że zajmę sobie pokój po jakiejś (nomen omen) Kasi. Podobno niesamowicie złośliwej i najmniej przyjemnej w obyciu mieszkanki domu. Sam pokój był niewielki, ale zaraz przy nim była biblioteczka, do której dostęp był tylko z pokoju i na tej samej zasadzie łazienka. W biblioteczce znalazłam wiele książek, które mi się podobały, wiele też takich, które planowałam przeczytać, no i… kolekcję książek z ilustracjami z bajek Disney’a, a także chyba pełny zestaw Kaczorów Donaldów.  Coraz bardziej byłam przekonana ;)
Pozwiedzałam cały dom, wypytywałam ludzi o pokoje, które wybrali i o przyczyny ich decyzji. Oglądałam je. Rozmawiałam z majordomusem ( ;) ) o tym, komu wcześniej służyły dane pomieszczenia.
Gdzieś w piwnicy natknęłam się na tunel w czarnym kamieniu, kończył się schodami prowadzącymi w górę. Wylądowałam w wielkiej, kilkupoziomowej bibliotece. Weszłam na jeden z balkonów i rozmawiałam z osobami, które przyszły tam ze mną. Panowało wśród nas przekonanie, że nie możemy niczego stamtąd wynieść, bo stanie się coś nieprzyjemnego ;) A oprócz książek było tam pełno różnych ciekawych drobiazgów, często pierdołowatych, ale przecież akurat ja lubię takie najbardziej ;)
Gdy wracałam, trafiłam w jakąś odnogę tunelu, gdzie przetrzymywany był jakiś mały stwór, który próbował mnie odciągnąć od myśli o zamieszkaniu tutaj. Uwolniłam go, uciekł, wróciłam na górę. Wyszłam na zewnątrz i okrążyłam cały dom. Znalazłam na zewnątrz szafkę kuchenną, w której stały jakieś puste puszki.
Wróciłam do środka, usiadłam na stosie poduszek pod ścianą w pokoju dziennym, oparł się o mnie jeden z tam obecnych. Siedzieliśmy sobie przez jakiś czas, rozmawialiśmy wszyscy, niektórzy w tym czasie wnosili swoje rzeczy. Dowiedzieliśmy się, że raz na jakiś czas następuje po prostu całkowita wymiana mieszkańców domu, ale nikt nie powiedział nam, czym była spowodowana.
Po jakimś czasie takiej sielanki majordomus zamienił się w zombiaka, chłopak oparty o mnie zaczął dziwnie charczeć, więc go zabiłam, zanim zmienił się w nieumarłego. Majordomusowi urwałam łeb i z kilkoma osobami odpornymi na te przemiany wybiłam wszystko, co zmieniło się w wyżej wymienione stworzenia.
Później wywnioskowaliśmy, że w domu musi być jakiś czynnik, który powoduje, że osoby podatne zmieniają się w zombiaki, a my najwyraźniej byliśmy na to odporni.
I właśnie ten czynnik uznaliśmy za przyczynę udostępnienia nam domu i to, że raz na jakiś czas wszyscy jego nowi mieszkańcy znikali ;)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: