Archive for Kwiecień 2010

h1

Nie zdolam sie odciac od tych lolitek.

Kwiecień 29, 2010

Podam tylko jedno haslo z Google’a:

– jak znaleźć lolitki

Nie wiem i nie chce wiedziec. Przechodze obecnie pewne trudnosci techniczne, dlatego przepraszam za brak polskich znakow.

Przechodzac do wlasciwego tematu – od razu mowie, ze nie wszystko pamietam:

Zanim zasnelam, dostalam zyczenia spokojnych snow, pelnych puchatych owieczek skubiacych trawke na laczce. Rano odpisalam mniej wiecej:

– czlowieku, gdybys widzial te dinozaury…

Znowu bylam w szkole, tym razem w podstawowce swej. Szlam korytarzem na pietrze i katem oka przyuwazylam w jednej z klas dinozaura, zrobionego prawdopodobnie szydelkiem z grubej welny. Byl bialo-brazowo-rozowy. Siegal mi mniej wiecej do mostka, jak zadarl leb, to troche wyzej. Wygladal na takiego padlino-miesozernego, czyli dosc mocne tylne lapy i male przednie, ale zeby jakos nieszczegolnie wielkie.

Jakis uczen sie go wystraszyl i zaczal uciekac, co oczywiscie spowodowalo, ze stwor sie zainteresowal i zaczal gonitwe. Stanelam zwierzeciu na drodze, probowal mnie ugryzc swoimi welnianymi zabkami, co zaowocowalo tylko tym, ze wydarlam sie:

– DO DOMU!

I dinozaur, popiskujac, poczlapal z powrotem do klasy.

Pozniej bylam na terenie osrodka wypoczynkowego w mojej okolicy. Byla nowa edycja konkursu, ktory kiedys przegralam, a teraz bylam juz za stara, zeby brac w nim udzial [granica wiekowa byla chyba ok. 15 lat]. Analizowalam trase z organizatorami i przypominalam sobie wydarzenia z czasow, gdy sama bralam udzial. Czulam, ze moja druzyna byla wtedy na dobrym tropie. Kopalismy na tym zapuszczonym terenie, w jakichs piwnicach. Bardzo blisko jeziora, wiec wszystko bylo podmokle. Wyslalam jednego z uczestnikow, zeby kopal glebiej, ale niestety zaczal sie topic w tym, co wykopuje, wiec go odwolalam stamtad. Okazalo sie, ze to bylo wlasciwe miejsce, niestety.

Postanowiono jednak wcielic mnie do, khem khem, elitarnej grupy, ktora miala sie dalej za to zabierac. Poszlam schodkami w dol i – jako dowodca [ :P ] – dostalam w rece czapke – furazerke z napisem:

„I CAN SPEAK TO DINOSAURS”

Nikt inny nie potrafil tego przeczytac.

Podszedl wtedy do mnie dinozaur taki sam jak wczesniej, tylko z krwi i kosci. Cos sobie powarkiwal, co w mojej glowie przeksztalcalo sie w zwykle slowa [nie pamietam tresci jego wypowiedzi ;) ]. Pojawil sie Sayid [postac z Lostow], podalam mu ta czapke i tez zaczal go rozumiec.

Po czym sie obudzilam ;)

Reklamy
h1

So what?

Kwiecień 17, 2010

Jakbym grała w Postala albo tą nową grę, gdzie postać trzeba nawet umyć (Heavy rain). W każdym razie, byliśmy w domu. Było chyba jakieś święto, a nikt z mojej najbliższej rodziny nie mógł opuścić terenu mojego podwórka. Ojciec darł się do kogoś, kto najwyraźniej stał daleko, żeby dowiedzieć się, kto jest w kościele. Jak zwykle chciał mnie do czegoś przekonać, nieskutecznie zresztą. Miałam zaopiekować się jakimś wyjątkowo opornym, małym kotem. I przyszła też moja chrześnica, miała lizaka. Na odchodnym pokazała mi ‘fuck you’, na co ja zupełnie spokojnie i z uśmiechem powiedziałam – „jak już będziesz w domu, to wsadź sobie ten lizak w dupę. Dobrze?” – młoda tylko przytaknęła. Po tym, jak ona i jej rodzice sobie poszli, to po nie więcej niż dziesięciu minutach przyleciał jej ojciec z pytaniem do mnie – czy coś jej grozi, jeśli już ten lizak wyjęli i w ogóle. Uspokoiłam, że nic jej nie będzie.

Później byłam gdzieś z matką. Był to dzień, w którym wcześniej w szkole pobiłam trzech kolegów, co znaczyło, że popełniłam grzech i nie zdołam niczego kupić w sklepie do jedzenia, bo nie zasłużyłam. Więc poszłam sprawdzić. Machnęłam chyba jakiegoś Liona i coś tam, położyłam na taśmie, w tym momencie jakiś koleś położył przed moje rzeczy folię aluminiową i generalnie próbował się wrypać z całym wózkiem zakupów, więc starałam się go odstraszyć. To znaczy – odkładałam jego rzeczy dalej od swoich i za moje. Choć on uparcie kładł je z przodu.

Walnęłam go raz, drugi, trzeci. Później przywaliłam mu jakimś prętem metalowym, odsunął się, więc zaczęłam rzucać w niego tymi ogranicznikami. W końcu odpuściłam, jak stał daleko, więc on zaczął rzucać we mnie. Podnosiłam tylko od niechcenia rękę i wszystko się odbijało, ew. lekko się uchylałam. Denerwował mnie, więc zrobiłam mu jednorodną papkę z wszystkich warzyw, jakie miał w koszyku. To go dość mocno wkurzyło, bo rzucił we mnie czymś, co tliło się z jednej strony. Wpadło do koszyka, który natychmiast mocno odepchnęłam i petarda odpaliła gdzieś za regałami na szczęście. Miałam być już następna i chyba koleś przede mną zamienił mi Liony na Marsy, co zauważyłam, bo przecież Marsów nie lubię. W międzyczasie tamten koleś ustawiał petardy, żeby wystrzeliły w moją stronę, co uznałam na dobry moment do ewakuacji. Jak podpalił ich lonty, to podciągnęłam się na taśmę obok, przebiegłam po niej i wybiegłam ze sklepu, wszystko wybuchło. Z szybami musieli się pożegnać.

Biegłam w stronę Twin Peaks Aquapark i już ten sklep był strasznie Postalowy, a teraz… Ludzie w basenach normalnie w ciuchach, butach i tak dalej. Miałam w tym Aquaparku zarezerwować bilety na film, cena – 3 – 4 zł. Multimedialny, dotykowy stand, który do tego służył jakoś tak się ciął i nie chciał współpracować.

Były tam stanowiska, które umożliwiały grę np. w pokera z maszyną. Albo ruletkę, czy co tam się chciało. Była trochę afera o ten hazard, cała wieś się zebrała w tej sporej altanie będącej wspomnianym Aquaparkiem. Po zebraniu, któremu się nie przysłuchiwałam, ludzie ostanowili zostać tam na noc. Widziałam jak agent Cooper z bólem zerka na Annie śpiącą obok policjanta. Nie miałam okazji by go pocieszyć, bo poszłam tam, gdzie miała być wspomniana wcześniej sala kinowa. Dopadł mnie tam Balrog i zaciągnął do jaskini, w której urzędował Saruman. Wyglądało na to, że chcieli mnie złapać od dawna. Mieli mnie zamknąć w klatce (rozsypywała się), jednak wcześniej miałam chwilę, żeby zwiedzić jaskinię. Na ścianach były stare, odpadające malowidła. Widniał na nich Balrog, jacyś magowie, szkielety. Nie podobały mi się, więc zaczęłam je zdzierać jak nie patrzyli. Pod tym z Balrogiem znalazłam świetnie zachowany (widać, że po prostu lepszej jakości) obraz Eowiny zabijającej coś dziwnego.

Byli rozkojarzeni na tyle, że zdołałam zbiec. Później byłam w szkole, gdzie widziałam się z ludźmi, którzy mnie próbowali znaleźć, jak tylko dowiedzieli się, że zostałam porwana. Wiedziałam, że będę musiała się ukrywać. Dlatego nie chciałam niczego ruszać w klasie, żeby Balrog mnie tak łatwo nie wytropił.

Niestety, obudziłam się, nie doprowadziwszy sprawy do końca.

h1

Jak mogło być, a jak nie było.

Kwiecień 6, 2010

Znowu umarłam. Chociaż w sumie nie.

Jako że oszukał nas pewien drow, byłam w innym ciele i – by wrócić do swojego – ktoś musiał mnie zabić. Ciało już ogarniał paraliż, czekałam na problemy z oddychaniem, ale nie pojawiały się. Mając złe przeczucie – płakałam. Leżałam na korytarzu szkoły uważanej za jedną z lepszych we Wrocławiu.

Wtedy ktoś oparł o mnie nogę, co – delikatnie mówiąc – rozjuszyło mnie na tyle, że już byłam prawie całkiem pozbawiona chęci zejścia z tego świata. Wydarłam się „Ja tu, kurwa, umieram!”. Uczeń był na tyle głupi, że dalej nie dawał mi spokoju. Zadzwoniłam do dawnego znajomego, byłego ucznia tej szkoły, żeby udowodnić, że jednak ta placówka żadną rewelacją nie jest.

Sekretarka ze swojej kanciapy dolała oliwy do ognia, podając smarkaczowi moje dane. Widząc to, wstałam i pomaszerowałam na trzecie piętro do gabinetu dyrektora.  Do interwencji nie doszło, bo zostałam wyrwana ze snu.

Dzień wcześniej pojawił się ciekawszy wątek. Byłam w górach z matką.

Szłyśmy sobie pod górę po łące, gdy zauważyłam, że na szczycie tej górki biegnie peleton ucharakteryzowanych w różny sposób lam [Lama glama]. Wyciągnęłam telefon, żeby zrobić zdjęcie, gdy w moją stronę odbiły dwie osoby – znajomi, którzy powiedzieli mi, że jadą do Japonii, ale najwyraźniej tego nie zrobili. Tłumaczyli, że w ostatnim momencie zostali wysłani na konwent lekarzy tutaj. Poszliśmy do schroniska.

Rozmawialiśmy, oglądając występ studentów przebranych za erytrocyty z wypisanymi na nich grupami krwi. Ze znudzeniem stwierdziłam, że widziałam to już kilka razy i mogliby wreszcie wzbogacić repertuar. Szukaliśmy przez chwilę toalety, zastanawiałam się, czy nie weszliśmy niezgodnie z oznakowaniem, ale były pół-koedukacyjne, więc zastanawianie się nad tym było tylko częścią wymienianych złośliwości :P

Zapytałam jednego z nich, co to trigeminia, na co odparł, że „to takie coś z prądami”. Czyli tyle, ile wiedziałam sama.

Szukałam czegoś na terenie ośrodka, znalazłam tylko kolczyki, których nawet nie chciałam. Po czym wyszłam przed budynek, żeby zaczekać na mamę w samochodzie. Usiadłam na miejscu pasażera i pomyślałam „Cholera, najgorzej by było, gdyby ruszył sam”. Co oczywiście nastąpiło chwilę później. Nie byłam w stanie przesiąść się na miejsce kierowcy, mogłam jedynie kręcić kierownicą.

Ruch był – jak na złość – spory. Pełno rowerzystów, psów, kur i innych samochodów. Omijałam to wszystko dość sprawnie, choć auto jechało dość szybko.  Po jakimś czasie zauważyłam pośrodku drogi rowerzystę – pomyślałam „Szlag, żeby się tylko nie przewrócił”.

Tak, przewrócił się. Odbiłam w lewo, żeby go ominąć, ale facet zupełnie świadomie próbował mi się przeturlać pod koła. Odbijałam coraz mocniej w lewo, ale przejechanie go było nieuchronne. Jak już miałam go zabić – zadzwonił telefon.