Archive for Luty 2010

h1

Running with scissors.

Luty 27, 2010

To była gra. Coś jak GTA. Prowadziłam postać faceta, który musiał zdobyć jeszcze trochę kasy, żeby mieć wstęp do klubu, w którym miało być następne zadanie, więc pojechałam kosić zboże do farmville jakiegoś wieśniaka. Jazda stamtąd była dość brawurowa, najpierw oczywiście wybiłam łokciem szybę w samochodzie, który następnie pożyczyłam i po przejechaniu kilku osób, rozbiłam się na ścianie jakiegoś budynku. Oczywiście, musiałam dojechać z jednego końca mapy na drugi, choć w sumie drogi były proste, więc zdobyłam kolejne auto i pojechałam.

Na miejscu – Tak, byłam parobkiem, który chciał się wkręcić do lokalnej mafii. Rozkazałam tam krowom, że mają wyrzygać ‘to zielone’, co one z chęcią uczyniły i nagle wyzdrowiały z jakiejś tam dolegliwości. Rozkazałam, bo: 1. one mają te pięćset żołądków i potrafią tak zrobić 2. wiedziałam, że tak trzeba to załatwić. Krowy leżały na narożniku u mnie w tzw. pokoju ‘dziennym’. Gospodyni z tej gospodary oczywiście musiała się zakochać w postaci, którą kierowałam i były przez to same problemy. Później widziałam scenę, jak ona ledwo żyje – uznałam, że musiało to być reżyserowane przez Lyncha. Pełzła po łóżku, bez nóg i jednego ramienia, przy drugiej ręce miała uciętą ‘tylko’ dłoń. Pełzła więc w stronę tej mojej postaci, co widziałam z boku, i chyba nawet nie umierała… Taki chyba był jej urok. W pokoju był generalny bajzel i dużo przedmiotów w kolorze czerwonego wina [welcome to Twin Peaks ;) ].

Później biegłam po ulicy, mijałam kolesia z dużą rodziną w taksówce, samochód ten zepsuł się i facet próbował wezwać kolejną taksówkę, żeby przewieźć siebie, żonę, dzieci i teściową na wózku gdzieśtam. Zatrzymali taksówkę, która chyba była ambulansem. Nawiasem mówiąc, krzyknął ‘taxi’ w stronę sznura taksówek – było ich tam chyba z osiem, z czego sześć żółtych. Wspominam o kolorze, bo kierowca pierwszej miał mu pomóc przy przeniesieniu wszystkiego. Facet patrzył z niedowierzaniem, a kochający mąż krzyknął ‘nie martw się pan, przyjedzie ta ze strzałką’. Nie widziałam tam żadnej takiej. Podjechała jakaś, jakieś 200 m od tej pierwszej i rzuciłam do byłego kierowcy ‘powodzenia, on i tak nie wie, czy to ta’. Poszłam sobie, ale usłyszałam jeszcze jak kierowca pytał, czy ma tam podjechać za dodatkową opłatą[a podobno taksówka zepsuta była…].

Na sam koniec umierałam. Czułam się coraz słabsza, byłam w domu. Wiedziałam, że musiałam się czymś zatruć, bo czułam dziwny zapach i kot mnie unikał. Próbowałam się uratować przez reanimację miski z dziwnym zielono-niebieskim płynem – bezskutecznie. Umyłam ręce, żeby pożegnać się z m.in. kotem, ale ten tylko dziwnie zamiauczał i wysunął długi na jakieś 15 cm język. Powiedziałam do matki ‘widzisz? To na pewno jakieś zatrucie, skoro on ma ze mną jakiś problem’.

Zadzwonił budzik.

h1

Satis.

Luty 13, 2010

Pod względem charakteru mogłam przypominać trochę Laurę z Twin Peaks. Tylko trochę. Nie pamiętam dobrze początku snu i nie zapisałam notatek w sposób, który pomógłby mi teraz go dobrze odtworzyć, więc odpuszczę. Wiem tylko, że złapano mnie i miałam współpracować policją. Jechałam motorem z policjantem, przez jakieś wsie. Miał taki powiedzmy półtoradniowy zarost.

Po drodze kupiliśmy worek kartofli, gospodarz nie bardzo chciał współpracować, ale policjant sypnął groszem. Zostaliśmy ostrzeżeni, że w pobliskiej wsi – Wesołej – coś się dzieje niewłaściwego [ostrzeżenie wynikało z tego, że facet zorientował się z kim ma do czynienia]. Ale wyglądało na to, że właśnie tam jedziemy, więc informacja ta nie była szczególnie przydatna. Ten fragment snu był przekazany mi w ciekawy sposób, bo jednocześnie brałam w tym udział i tak jakby czytałam to z książki – widziałam litery i czytałam to na głos, a przekazywana przez nie treść była oddawana w tym samym czasie przez obrazy i dźwięki.

Facet gdzieś chował te ziemniaki, a ja poczułam znajomy mi zapach perfum, po którym rozpoznałam, że w okolicy jest człowiek, którego szukamy. On prawdopodobnie mnie nie znał.

Jedziemy już przez Wesołą, mijamy samochód z lokalnym alfonsem. Policjant wydziera się na mnie, a kawałek dalej zakręca gwałtownie tak, ze spadam z motoru i uderzam plecami o ścianę budynku – to oczywiście jest zaplanowane. Czołgam się powoli do środka – to jakaś stodoła [ale murowana, oczywiście]. Jestem w środku, wsiadam do samochodu, który stoi wewnątrz. Wiem, że chyba przyjdzie tutaj kobieta, która spróbuje mnie tam zamknąć. Gdy ta się zjawia, ze łzami w oczach proszę, żebym mogła zostać tutaj przez jakiś czas, zanim dojdę do siebie. Kobieta – ubrana w czerwony, elegancki kostium – tłumaczy mi, gdzie znajdę telefon i jak mogę doładować w nim konto, później zostawia mnie w spokoju. Mija kilka chwil – pojawia się osławiony alfons, młody chłopak. Sympatyczny. Pyta, czemu zostałam w taki sposób potraktowana. Tłumaczę, że się naraziłam i będę mogła wrócić dopiero, jak „zrozumiem, co zrobiłam źle i będę w stanie się odpłacić za wyrządzone mu straty”. Facet pyta o moje ceny. Sugeruję, że jestem wyjątkowo tania.

Postanawia zabrać mnie na przejażdżkę samochodem, w którym siedzę. Jedziemy ulicami Wrocławia. Zatrzymujemy się przed jakimś sklepem, tłumaczy mi, że może się mną zaopiekować – mówi to na tyle troskliwie, że nawet wierzę i robi mi się go żal. Zgodnie z planem – mówię, że nie mogę i że on nawet nie wyobraża sobie, jak przykre w skutkach to może się dla mnie okazać. Tymczasem ze sklepu wychodzi mój dawny opiekun – policjant – walę pięścią w szybę, a gdy mnie zauważa, jest najpierw szczerze zdziwiony, ale prawie natychmiast na jego twarzy maluje się wściekłość i rusza szybkim krokiem w stronę samochodu. Kierowca odjeżdża, ja krzyczę, że nie może nigdzie jechać, że muszę tam zostać. Odwracam się w stronę policjanta, a nasz cel mówi, że on sobie nie życzy, żeby obchodzić się z kimś tak jak ze mną i przyspiesza.

Dzwoni budzik.