h1

A później znowu…

Grudzień 26, 2008

Samolot, którym lecę [jako pasażerka – bez przesady] rozbija się w czasie przelotu nad Chile z powodu wystąpienia trąby powietrznej, w tym momencie warto napomknąć, że jestem politykiem bardzo nielubianym w tym kraju, więc lepiej, żebym nie ujawniała swojej tożsamości. Wygrzebuję się małopoobijana z wraku [ ;] ], żeby obserwować jak na ziemi też panuje panika, ludzie uciekają, nawet nie wiedzą, gdzie, ale uciekają najszybciej jak potrafią, choć czasem są w stanie tylko się czołgać. A i to ułatwia sprawę, przecież nikt nie zwróci na mnie uwagi teraz, może uda się przetrwać. Idę ulicą, dziwnie spokojna, jakby lekko zrezygnowana, ale w żadnym wypadku się nie poddaję, bo idę spokojnym, ale zdecydowanym krokiem, tu nie ma czasu na to, żeby się wlec. Zmierzam do najbliższego budynku, który został w całości, bo większość tego, co widzę to ruiny, zgliszcza i straszny syf, a do tego zapada zmierzch. Wchodzę do budynku – szkoły, mrugam

i już widzę świat oczyma kogoś innego. Siedzę w ławce i piszę maturę, w klasie jest bardzo ciemno, przyświecam sobie zegarkiem od czasu do czasu, bo inaczej nie da rady. W końcu odzywam się z uprzejmym pytaniem, czy można by zaświecić światło, nauczyciel łaskawie rusza dupsko zza biurka, próbuje pstryknąć światło, ale nic z tego – nie ma prądu. Otwiera drzwi na korytarz – tam jest normalnie jasno, ktoś się dziwi, że to niemożliwe, że cośtam, ja coś mówię o tym, że inne fazy, że to dlatego, ale odwraca naszą uwagę od tego tematu fakt, że na korytarzu panuje chaos ;) ludzie uciekają, krzyczą – ogólnie nie jest wesoło. Wstaję, żeby zerknąć za drzwi i oprócz chaosu widzę sunącą korytarzem w moim kierunku niewielką, ale śmiercionośną [pozostawia za sobą syf i rozprute flaki] trąbę powietrzną. Zatrzaskuję drzwi [zanim to robię, widzę na korytarzu chłopaka, który trzyma fotel, na którym siedzi kto inny], trzymamy je wszyscy, żeby jakoś to oddzielić od nas, po jakimś czasie hałasy ustają, wyglądamy na zewnątrz, zauważam, ze tamten koleś [choć martwy], trzyma dalej połowę fotela z nogami tej drugiej osoby, a jej resztka leży gdzieś dalej. Dość przytomnie postanawiam uciekać. Idę przez szkołę, czaję się trochę, w końcu docieram do windy. Drzwi rozsuwają się, a w windzie leżą zwłoki mężczyzny i w kącie stoi kobieta. Jest nienaturalnie spokojna, wręcz odprężona – dlatego uznaję, ze chyba lepiej nie pakować się tam. Drzwi zamykają się, a mnie ogrania jakiś dziwny niepokój – strach, ale taki, który nakazuje czujność, a nie jakiś irracjonalny lęk, rozglądam się uważnie, w końcu mrugam i

jak otwieram oczy, to winda, w której jechałam* zatrzymuje się, przestępuję nad zwłokami jakiegoś faceta i wychodzę; spokojnym krokiem wychodzę z budynku – ulice są puste, panuje cisza, tylko gdzieś słychać pożar/płomienie, jest ciemno. Wsiadam do pierwszego lepszego samochodu, mrugam i

jestem znowu panią polityk, siedzę w tym aucie, ruszam za jedynym samochodem, jaki udaje mi się wypatrzeć. Jadę przez jakieś wiochy za nim, w końcu zjeżdża na pobocze, a ja z braku lepszego pomysłu robię to samo, w końcu to może być jedna z nielicznych żywych jeszcze osób. Z tamtego auta wysiada jakaś zadbana, starsza pani i patrzy na mnie życzliwie, aż za życzliwie. Po wyjściu z samochodu rozmawiam z nią przez chwile, próbując jej wyjaśnić, ze mieszkam tuz obok [to oczywiście marny wkręt, ale musze powiedzieć cokolwiek], kobieta nie daje się przekonać, nie wierzy mi. Zerkam na tablicę ogłoszeń tuż obok, gdzie napisane jest coś o urzędzie pocztowym w Verdun, więc od razu rzucam historyjką, że nie wiem, co się ze mną dzieje, muszę wrócić do Verdun, gdzie jest mój dom, ale nie mam pojęcia, jak tam dojechać. Kobieta bezproblemowo tłumaczy mi, gdzie to jest, wsiadam w samochód i odjeżdżam. Jadę, jadę… mrugam i

;)

po otwarciu oczu okazuje się, ze nie jadę sama. Jest nas kilkoro, jedziemy autostradą w Polsce, celem jest „Zachód”. Musimy zrobić przystanek, bo jakieś dziecko się zlało/porzygało/już sama nie wiem, zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Tam tylko jedna osoba z obsługi, a tak pustki, ani jednego samochodu. Wychodzimy, korzystam z okazji, idę do kibla, po chwili już mnie wołają, że trzeba jak najszybciej jechać. Wyłażę, a na stacji pełno samochodów, autobusów i tak dalej. Dziwi mnie to. Pytam kierowcę, dlaczego właściwie jedziemy na ten „Zachód” – okazuje się, że uciekamy przed ‚falą’ trąb powietrznych jaka ogarnęła… opolszczyznę ;)

Budzę się

*) – to chyba dość oczywiste, że jestem kobietą, którą chwilę wcześniej oglądałam oczyma ‚maturzystki’ ;)

Mam nadzieję, że Święta mijają miło :P Sen jest już dość stary, ale wydaje mi się, że jest wart uwagi.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: