h1

Something BIG.

Październik 29, 2008

Jestem w sklepie z zabawkami, prowadzę wojnę dzieci z dorosłymi, walczę po stronie dzieci. Jakiś facet obrywa ode mnie solidnie przez łeb kilka razy wielkim pudłem lego za [pamiętam :P ] 749 zł. Po czym odkładam je na miejsce i mam krótki przebłysk świadomości pt. „To dlatego te zabawki mają zawsze takie wymiętolone opakowania…” Wojna trwa i trwa, w końcu ktoś z ich strony prosi mnie o rozejm, rzucają mi kartę SIM z heyah i – gdy prostuję się po podniesieniu jej z ziemi – okazuje się, że jestem na korytarzu jakiegoś akademika. Każde drzwi są z solidnego drewna, rzeźbione, jakby każde z nich było biurem. I tak chyba jest, bo na każdych jest plakietka jakaś typu „Odzyskiwanie długów, pogróżki, pobicia – pełen serwis” plus lista nazwisk trójki mieszkańców [„Najlepsza obsługa!”], na innych tabliczka informuje o tym, że ściągają simlocki, jednak niestety nie mają kart do telefonu na sprzedaż [muszę podładować konto na tej karcie telefonie, żeby rokowania prowadzić]. Spotykam dwójkę chłopaków [kart nie sprzedają], jeden z nich stwierdza, że mnie zna z jakiegoś snu, odpowiadam, że kojarzę ich obu, bo śnili mi się już kiedyś, choć ich nie znam [i to prawda, już kiedyś byli statystami w moich snach ;)]. Szukam dalej [na każdych drzwiach jest jakaś plakietka, ale nie czytam wszystkich], schodzę w końcu na dół, trafiam na portiernię, gdzie leży moja legitymacja, choć przed chwilą widziałam ją w portfelu, szukając kasy na kartę. Okazuje się, że muszę gdzieś wpisać datę urodzenia i dzisiejszą datę [odpowiednio wpisuję 20 XI 1985 i 21 X 2011], żeby portierka wydała jakąkolwiek legitkę komukolwiek.

Zmiana wątku, jestem z matką w domu kogoś, kogo znam i kto mieszka blisko mnie, jest tam też dziecko, które już łazi i mówi, mam się nim zająć z matką moją, bo jego rodzice wychodzą i wychodzi też niski, starszy facet w stroju spidermana, z plecakiem w kształcie miśka i ortalionową kurtką przewiązaną w pasie [nie dziwi mnie to, to jest najlepsze]. Zostajemy tam same w trójkę. Zauważam drzwi, które do tej pory zawsze zasłonięte były lustrem, zostawiam moją matkę z tą młodą i przechodzę przez nie.
Co to? No pewnie, że przejście do innego wymiaru :D Wszystko staje się nierzeczywiste, jakby ulepione z plasteliny [ja też], a  ziemia, trawa, krzaki z materiału [jakiś filc], czyli jak w starej bajce. Jestem jednocześnie jakimś niedźwiedziem i trzecioosobowym narratorem [później rola narratora przeważa, bo już nic nie widzę oczami misia]. Idę z jakimś zającem, który podsuwa mi marchewki, co już widzę z trzeciej perspektywy, narrator wie, że coś złego ma się stać [że w tym królestwie rządzi zły leptoptak [!], który pożera tych, co zbłądzą w to miejsce], miś jest trochę nieufny, ale nic z tym nie robi, bo ma ochotę zjeść kartofli, mówi to na głos i puf, wyrastają te takie śmieszne roślinki kawałek dalej na ścieżce [ogólnie rzecz biorąc scenerię stanowi zielony las, trawa, słońce, sielanka], tu narrator już wie, że zając też jest zły, bo jak miś zjada krzaka kartofli, żeby dostać się do części właściwej, podziemnej, toooo… zając wyciąga mu owe kartofle [nieprzetworzone] z dupy [nie szukając daleko słów] i zjada je sam. Miś jest zdezorientowany, bo nie wie, co się dzieje z bulwami. W tym momencie ja-narrator widzę, że leptoptak [który występuje w postaci wielkiej czarnej macki] wysyła kawałek macki na zwiad [jakieś 20 cm ma], zadeptuję to glanem i krzyczę do misia, że musimy uciekać. Uciekamy, przez drzwi przechodzę tylko ja [ale to dobrze, czyli tak, jak przez nie weszłam, tak i wyszłam] – rzeczywistość wygląda znów zwyczajnie. Gadam przez chwilę z matką, wychodzę znów na korytarz i widzę, ze leptoptak się wkurwił, bo zesłał przez drzwi płomienie. Wiem, że dom spłonie. Chcemy uciekać, przypomina mi się młoda w drugim pokoju. Wysyłam matkę, żeby uciekła, wracam po młodą, zabieram ją i moją poduszkę [!]. Uciekamy, na zewnątrz oddaję dziecko mojej matce i wracam, żeby to próbować ugasić. Staram się zalać wodą, co się da, żeby było mokre i zimne, szkoda, że mam do dyspozycji tylko kubek. W końcu wychodzę stamtąd i gdzieś idę. Wracam do siebie do domu po jakimś czasie, patrzę przez okno na tamten budynek, właśnie jest dogaszany, ucierpiało tylko piętro, na którym byłyśmy. Teraz wszyscy z widłami cośtam na górze grabią. Reszta grabi liście u mnie w ogródku. Zauważam w oknie pokoju płomienie, ale okazuje się, że to tylko ochłap przyniesiony przez wiatr [osmołowana szmata to lepsze słowo], łatwo to gaszę, używając ręcznika.
Na podwórko wjeżdża samochód na zagranicznych tablicach, wielki sedan [jak dla mnie ;) klasa wielkości jak mondeo], który na holu ma drugi takiej samej klasy, a na końcu jeszcze przyczepa – klatka druciana, z równie drucianą podłogą, a w niej czarny, zwykły kotek. Okazuje się, że zna się z moim, nie gryzą się ani nic. To moja siostra przyjechała. Gadanie z wszystkimi  o głupotach, o grabieniu liści, w końcu chwali się, jaki wózek kupili dla swojej młodej. A chwali się tak, że pokazuje hologram, jak pokazywano projekty Gwiazdy Śmierci w Zemście Sithów – wygląda on mniej wiecej jak pojazd do podróży kosmicznych zbudowany w filmie „Kontakt”. Opieprzam ludzi, że nie uważają na koty, jak wychodzą z domu.

Zmiana wątku. Wchodzę do ksera we wrc z jakimś chłopakiem [młodym facetem], który rozmawia ze mną o pierdołach, ale m.in. też o tym, dlaczego sam wychowuje dziecko [prowadzi je za rękę przy okazji]. Słucham go dość nieuważnie, szukam czegoś, przechodzę obok sterty ręczników, rękawiczek i fartuchów, przechodzę do częśći właściwej ksera, która oddzielona jest od reszty szybą pancerną, nosi ślady kul. Gadam z kobietami z ksera, pytają mnie o jakieś katedry na AM, o jednej wiem, bo z mojego wydziału, o drugiej nie, bo bardziej lekarska, więc się oburzam, że skąd mam wiedzieć, śmiejemy się, że nie jestem z medycyny blabla. Wychodzimy, słyszę jak jedna gada z drugą „ej, ale na niego mówią Kotórz, to ponoć dlatego, że opolszczyzna”, odwracam się i mówię „ej, na kogo? może zn…” i ktoś mnie wypycha za drzwi. Okazuje się, że tego chłopaka już nie ma, jest mój samiec, jakaś dziewczyna i jakiś chłopak inny. Wychodzimy, jesteśmy objuczeni torbami, bo okazuje się, że wyszliśmy z dworca głównego w opolu, a nie z ksera we wrc [mały timetravel]. Rozchodzimy się, tylko ja muszę czkać na autobus powrotny, siedzę pod murem jakiegoś budynku w niebieskiej spódniczce do kolan i – po jakimś czasie – budzę się.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: