Archive for Marzec 2008

h1

Dream on.

Marzec 21, 2008

Powiem szczerze, że myślałam, że moje sny mnie opuściły. Że coś jest nie tak. Jednak jakiś czas temu wróciły, ale niestety nie wszystkie nadają się do opisania – byłyby po prostu zbyt niezrozumiałe dla osób postronnych. Ale…

Szłam do mieszkania, było już szarawo. Dwie osoby przed moją klatką schodową grały w badmintona, więc przyglądałam im się z boku. Dziewczyny te miały dziwne rakietki, zakończone dość twardą gąbką w kształcie wydłużonego klauniego nosa [wiem, że to dziwnie brzmi]. Oczywiście, okazało się, że też mam takową w dłoni. Niestety, jakoś zepsułam im grę i odprowadziły mnie nieprzyjemnym wzrokiem do drzwi klatki. Nakłoniło mnie to do pójścia kilka pięter wyżej niż powinnam [żeby je na wszelki wypadek zmylić]. Co dziwne, w bloku była winda – oszklona jak się tylko da. Na trzecim piętrze, oparty o grzejnik stał w swojej charakterystycznej zielonej koszuli kolega. Porozmawialiśmy chwilę, po czym zeszłam na dół.

Tym razem wsiadłam do windy, pojechałam na samą górę i zaczęłam zjeżdżać na dół. Dość szybko i powiedziałabym – za szybko, bo tak naprawdę winda spadała. Bałam się okropnie. Cały czas rozmawiałam z wcześniej wspomnianym kolegą, który – choć bezpieczny – zdawał się być na tym samym poziomie szybu, co ja. Na moment przed upadkiem wzięłam głęboki oddech i zakryłam twarz ramieniem. Miałam dziwne wrażenie, że jedyne obrażenia, jakie mogę otrzymać, będą pochodziły od szkła [a nie będą spowodowane upadkiem samym w sobie]. Tak się też stało.

Byłam pokryta warstewką odłamków, gdy wygrzebywałam się z resztek windy. Podejrzewałam tylko, że jestem cała we krwi, ale w momencie, gdy pierwsza osoba, która na mnie spojrzała, zaczęła uciekać – byłam już pewna.
Ktoś mnie podtrzymał, zmyłam z siebie szkło pod prysznicem [tak, tak… wiem]. I miałam tylko zaczerwienioną skórę, chociaż woda zmyła ze mnie sporo krwi.

Wątek zmienił się. Byłam… Hm, dwoma osobami jednocześnie. Pewnym wiedźminem i pewną czarodziejką, którzy szukali pewnej dziewczyny w Wieży Jaskółki. Towarzyszył im pewien bard. ;) Długo taki stan nie trwał, prędko było tak, że widziałam wszystko z perspektywy narratora.
Bard dostał od wiedźmina płaszcz, dzięki któremu miał odwrócić uwagę istoty strzegacej wejścia do wieży. Wyglądał tragicznie, na prawym rękawie i tuż pod karkiem miał koślawo wyhaftowany napis „Wiedźmin”. Wyglądało to tak, jak napisy na przedmiotach w grach o słabej grafice. Ale sprawił, że Jaskrowi wyrosły kilkucalowe szpony, więc pomimo śmiesznej wręcz brzydoty jakośtam działał.
Przekroczenie progu wieży, choć była widoczna, chyba przerastało możliwości naszych bohaterów. Widziałam teraz wszystko z perspektywy Ciri, która dowiedziała się, że wspomniana dwójka jakoś weszła do wieży i została tam uwięziona.  Nastąpił trudny do opisania proces wyzwolenia ich… Wygląda na to, że byłam w stanie monitorować stan „gry”, to znaczy wczytywać ją w razie potrzeby. Jednym z warunków było też założenie w odpowiednim momencie kapci. Nie wiem, po co.

Później byłam w jakimś polskim mieście, wiedziałam, że to nie Wrc, choć ulica wyglądała tak, jak jedna z wrocławskich. Miałam na sobie odblaskową kamizelkę i razem z kilkoma osobami przebiegłam przez ulicę przed tramwajem… Który łudząco przypominał starą skodę. Był jasnokremowy.
Okazało się, że nasz bieg zauważył strażnik miejski, który zawołał tylko „Patience, more patience, Ladies”.

Więc życzę sobie tej właśnie cierpliwości, w oczekiwaniu na kolejny sen ;)