h1

I wtedy…

Lipiec 25, 2007

Schodziłam ze schodów w Studium Języków Obcych, gdy okazało się, że w mojej przegródce w skrzynce na listy czekają na mnie dwie przesyłki. [oczywiście, w rzeczywistości żadnej skrzynki tam nie ma] W jednej spoczywał mini-aparat cyfrowy [niebieski], druga zaś była rozerwaną kopertą, w której znajdował się list miłosny napisany zdecydowanie niewprawną ręką, podpisany imieniem i nazwiskiem, które widziałam po raz pierwszy, a także opatrzone zdjęciem osoby, której róznież nigdy wcześniej nie widziałam [co zabawne, jest to jedna z nielicznych twarzy, które – prawdopodobnie – stworzyła moja podświadomość (choć równie dobrze mogłam go widzieć kiedyś na ulicy) i którą dobrze pamietam]. Przyglądałm się im idąc w stronę przystanku autobusowego i na szczęście spotkałam koleżankę z podstawówki/gimnazjum, z którą po krótkiej konsultacji wywnioskowałam, że owe przesyłki to prowokacja i zwyczajny żart zarazem, a nawet ustaliłyśmy kto to zrobił. Czego łatwo się domyslić – wszystko wylądowało w koszu. Ruszyłyśmy więc do pewnego centrum handlowego w celu zakupienia prezentu urodzinowego, gdzie czekała na nas niemiła niespodzianka – jeszcze wszystko było zamknięte, swoje więc odczekałyśmy.

Dotarłyśmy do sklepu z pierdołami etnicznymi, gdzie ona zamierzała coś kupic. Jednak to mnie zaczepił sprzedawca, pytając, czy nie zechcemy wziąć udziału w konkursie, bo mają zbyt mało chętnych i potrzeba im kogoś do ‚drużyny niebieskich’. Dołączył do nas jakiś jej kolega, otrzymaliśmy mapę [a nawet trzy*], gdzie pokazany był teren, którego mieliśmy bronić lub który mieliśmy zdobyć. Coś jak „capture the flag”, tylko należało obronić/zdobyć jakieś zwierzątko z wielkimi oczyma o nazwie… woobang? [Wyglądał trochę jak wiewiórka] Po mapie zaś skakał sobie miniaturowy Muminek.

* – jedna była na łagodnie pagórkowatym terenie, inna pod wodą, a trzecią zabrała nam przeciwna drużyna ;)

Moi towarzysze bardzo przykładali się do swego zadania, opracowali jakąś taktykę, a ja siedziałam znudzona gdzieś obok. Aż w końcu ten sam sprzedawca poprosił mnie o stwierdzenie, co czyni maskę afrykańską maską afrykańską. Podałam trzy cechy: kolorystyka, uproszczony styl i… kij wie, co jeszcze.

Niestety, nie doszło do samego konkursu, choć inną konkurencją miało być skakanie po scenie właśnie w takiej masce i w czarnej koszulce z wymalowanymi na niej jaszczurkami, a nagrodę miały stanowić darmowe zakupy w tym sklepie. Czuję, że wiele nie straciłam ;)

Później akcja przeniosła się do mojego domu, jednak nie pamiętam jej za dobrze. A szkoda…

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: