Archive for Maj 2007

h1

Powstanie?

Maj 26, 2007

Pewnie to przez tą muzykę… Chyba zaczynam już przesadzać, powinnam odpocząć.

Budynek, zapewne siedziba jakiegoś urzędu, trudno powiedzieć. Przynajmniej jedno jest pewne – pełno Niemców, a my musimy uciec stąd niezauważeni, bo jeśli tylko ktoś się zorientuje, że tu jesteśmy – umrzemy. „My”? Dwie dziewczyny [w tym ja] i dwóch chłopców. Nie znam ich.

Korytarze są jasne, w budynku nie ma nawet śladu zniszczeń, zza wielu drzwi słychać beztroskie głosy niemieckich rozmów, widać nikt się nas tutaj nie spodziewa. Co nie znaczy, że możemy być mniej ostrożni. Jeden z chłopaków ma pistolet [nawet nie wiem, jaki], w nim trzy naboje…

Człowiekowi wydaje się, że bicie jego serca to łomot, a każdy oddech zdaje się być wichurą. Uciekamy, biegniemy… Musimy przemknąć tuż obok uchylonych drzwi, co jest właściwie niewykonalne. Tak, widzą nas. Jeden z nich strzela do mojej towarzyszki, ta ginie. Chwilę później obrywam w tył głowy. Dlaczego nie umieram od razu? Nie wiem. Krew zalewa mi usta, pluję dziadostwem, jak wypowiadam kilka swoich ostatnich słów.

Budzę się.

To jeden z kilku tylko snów, w których ginę. Ale trzeba powiedzieć, że każdy z nich pokazywał śmierć hm hm sensowną. Zresztą to nic dziwnego.

Tylko jedno mnie jednak zastanawia… Dlaczego ten nasz nie strzelił do niego? Miał przecież taką możliwość.

h1

Kurde

Maj 19, 2007

Czuję w tym momencie dziwne znużenie swoimi snami, choć są takie… takie jakie są. I właściwie trudno nazwać je nudnymi, ale nic to.

Sesja kota u psychoanalityka, który ma stwierdzić, skąd bierze się kocia agresja [już to jest co najmniej śmieszne]. Nic interesującego się nie dzieje, Berserk zachowuje się naturalnie [czyt. biega jak debil], a sen przechodzi w…

Zwyczajny niezwyczajny dzień. Odwiedziny nie tak całkiem dalszej rodziny. Córka kuzynki [w wieku lat około sześciu, a może siedmiu…] postanawia sprawdzić, czy koty potrafią odnaleźć wśród sterty czosnku kawałek czosnku właśnie, wcześniej otarty o kocie futro. I w związku z tym chowa ten czosnek, gdzie popadnie, a metody jego ukrywania są niczym z jakiegoś filmu rodzinnego/przygodowego. Hustanie się na lianie i przypinanie go w rózne miejsca, wtykanie do najrozmaitszych kryjówek i tym podobne. Za każdym razem kot błyskawicznie odnajduje czosnek, najlepszy jest moment, gdy przyglądam się tym akcjom i zauważam, że zza węgła wychyla się mój czarny, delikatnie mówiąc, wkurwiony kicur w jakimś białym kaskopodobnym czymś i rzuca się na czosnek.
Dochodzi do próby ostatecznej… Czosnek zostaje ukryty poza domem bez mojej wiedzy, a kot wypuszczony na zewnątrz. Wszystko odbywa się w radosnej atmosferze poszukiwań podsycanej przez rodziców dziewczynki. [kretytnizm z ich strony]

Kot ucieka, co oczywiste. Orientuję się po jakimś czasie [ktoś mi mówi o tym?] i wybiegam natychmiast, by od razu pojawić się na torach, których jest tak cholernie dużo, że mam wrażenie, że to w pobliżu stacji głównej naprawdę dużego miasta. Błądzę i błądzę… Miejsca się zmianiają: ruchliwe ulice, supermarkety, centra handlowe… Z jednego z nich wybiegam, jest już ciemno. Chcę przebiec przez drogę, ale w porę zauważam szyny tramwajowe i nadjeżdżający pojazd tego typu. Więc biegnę przy tramwaju. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, ktoś mi towarzyszy, tj. biegnie za mną. Po sprowokowanym przeze mnie spotkaniu okazuje się, że podobnej próbie poddano jego psa i teraz chłopak [pierwszy raz go w życiu widzę] liczy na to, że mu pomogę. Biegniemy razem… Ulica, tramwaj po prawej, za nim park, po lewej las. Między drzewami biegnie postać w czarnym płaszczu, cylindrze i ciemnych okularach. Czy równolegle do nas? No ba! Pewnie, że tak.

Tym razem jednak jest to troszkę stresujące. Droga przechodzi w leśny trakt, a my biegniemy coraz szybciej i szybciej… Dochodzi jednak do spotkania, w czasie którego postać ta prosi nas o pomoc. Potrzebuje jakiejś pierdółki, którą ma dać komuś w prezencie z okazji święta, które miało miejsce przed dwudziestoma dwoma dniami, jednak nasz profesor [bo okazuje się być osobą z kadry pobliskiego uniwersytetu (w środku lasu!)] dwadzieścia dwa dni temu rozpoczął picie i obudził się niedawno, więc jest mu zwyczajnie wstyd. W zamian ma odnaleźć nasze zwierzątka. Kto by się nie zgodził?

Ktoś nie-naiwny. My się nie wahaliśmy. Szukaliśmy teraz czegoś zupełnie innego w miasteczku uniwersyteckim, do którego nas zaprowadził ten mężczyzna. Nie tylko on ostro popił, bo chodziło tam wielu półprzytomnych… pracowników naukowych. Przechodziliśmy przez korytarze, pokoje i inne pomieszczenia, nieraz okrutnie duże. Dotarliśmy wreszcie do jakiejś dziewczyny, która miała potrzebny nam przedmiot. Deseczka z wypalonym na niej czyimś adresem, obok namalowano niebieską różę. [nie było specjalnie ładne, ale to akurat nie należało do spraw istotnych] Wtedy w moim ‚tymczasowym’, bo związanym ze snem, umyśle pojawiła się myśl, że przecież to było w Lostach [a nie było]! Następnie przyszło mi do głowy coś w rodzaju „Jejku, co za debilizm… Jak mogłam samą siebie wsadzić do tego durnego filmu”.

Zdobyliśmy deseczkę i usłyszałam męski głos gdzieś za sobą „No Józiu, chodź tu… kici kici…”, co było oczywistym zawołaniem do mojego kota. Już prawie się odwróciłam, ale [zawsze na koniec musi być to cholerne ‚ale’] coś mnie obudziło.

h1

Chciałabym.

Maj 14, 2007

Chciałabym być na tyle wysoka, by złapać dziś te jaskółki i pomóc im w wydostaniu się na zewnątrz.

Chciałabym być na tyle zacięta i zdecydowana, żeby zabrać wtedy ze sobą tego szczeniaka, który na pewno nie miał domu.

Chciałabym wierzyć w to, że kiedyś będę taka, jaką chciałabym być.

Chciałabym być realistką na tyle, by nie szastać tak zaufaniem. Ale tego już się uczę. Powoli.

Ładny kotek, prawda?

h1

Różności.

Maj 8, 2007

Zawody sportowe zrobione z taką pompą, że człowiek ma wrażenie, że to olimpiada. A wszystko na podwórku dawnej podstawówki! Nowym elementem była bieżnia, na którą uciekłam przed tym czymś, co mnie goniło. Miałam zamiar wmieszać się w zawodników, ale nie dość, że specjalnie sportowo nie wyglądałam, to jeszcze zawodników nie było, choć sędziowie z wielkim napięciem przyglądali się rzeczonej bieżni. Widownia także, cholera wie po co.

Przechodząc na drugie boisko, lądowało się w hali, gdzie na zwyczajnych, białych materacach ludzie grali w tenisa. W tym moje dwie znajome z czasów przedszkolnych. Najbliższa koleżanka i najgorszy wróg ;) Tylko dlaczego wróg wygrał?

Na jednym z nich pojawia się inny znajomy, co dziwne… Rzucam nim o ścianę i wychodzę. A dalsza część nie nadaje się do przekazania…

Sesja za pasem. Przerażenie wzrasta z każdą chwilą, biorąc pod uwagę to, że podobno wszelkie drugie podejścia mają być ew. realizowane we wrześniu. Jeny, żeby tylko udało się wszystko za pierwszym razem…

„Wytrwajmy jeszcze te kilka chwil…”