h1

Sennik. Bez dwóch zdań.

Kwiecień 9, 2007

Prawda? Kiedyś trzeba będzie to zebrać, zapisać ładnie i wydać. Biorąc pod uwagę fakt, że mój mózg radzi sobie z codziennością w dość niezwykły sposób pokazując mi takie sny, że trudno jest w nie czasem uwierzyć, to może mieć sens. *szeroki uśmiech*

Dziś w nocy działo się wiele… Dwa wątki, jeden zupełnie oderwany od drugiego.

Na skalistym brzegu morza stoją trzy postaci, konkretniej każda z tych osób stoi na wielkim kamieniu. Istota, która nas najbardziej interesuje to postawny mężczyzna, który – choć nie wygląda jak on – zdaje się być w sytuacji podobnej do tej znanej nam z trylogii husyckiej Sapkowskiego i dotyczącej Samsona Miodka. Owy samiec chce wymigać się od rozmowy z dwójką przybyszy, więc mówi im, że szuka Atlantydy. Nie wiem, czy rozsądnie jest mówić o takich rzeczach rozmówcom, którzy wyglądają… Inaczej. Blondwłosa kobieta stojąca blisko naszego Samsona ma zamiast lewego ramienia szczypce, takie czerwone, porośnięte niewielkimi ukwiałami szczypce – zupełnie jak rak. Mężczyzna stojący nieopodal wygląda zwyczajnie. Z perfidnym uśmiechem pytają

Atlantydy szukasz?
To nabierz powietrza w płuca…

Poziom wody gwałtownie się podnosi [okazuje się bowiem, że głazy stały w wodzie], cała trójka płynie w dół… Oczywiście, Samsona atakują jakieś wielkie rekiny, jednak płynąca obok kobieta stwarza wokół naszego bohatera jakąś sferę niewrażliwości. Płyną…

Pierwszy wątek za nami… W drugim już pojawiam się – prawdopodobnie – ja.

Spotkanie ze starym znajomym [nie mam pojęcia kto to, ale wiem, że znałam… znam, ale dawno się nie widzieliśmy]. Stoi przy mnie kieliszek z czerwonym winem, które nie ma smaku ani zapachu alkoholu. Toczy się rozmowa o wszystkim i o niczym, butelka zdaje się sama napełniać, gdy odwracam dosłownie na sekundę wzrok. W obawie przed nachlaniem się kończę spotkanie i odchodzę. Gdy jestem już w domu, okazuje się, że muszę załatwić sobie sukienkę, bo ‚cośtam’. Ktoś przynosi mi kieckę wykonaną z gąbki, owiniętej błękitnym materiałem, wszystko ze złotymi wykończeniami… Właściwie podobna do tej noszonej przez królewnę Śnieżkę. Dziękuję, postoję. Ląduję w końcu w swojej starej, dobrej czarnej. Pytanie brzmi: Gdzie i po co?

Natomiast poprzedniej nocy…

Robiliśmy zakupy w pewnym dyskoncie. Spodziewaliśmy się, że będzie nas ta zabawa kosztowała nie więcej niż sto złotych, tymczasem kasjer twierdzi, że winniśmy zapłacić trzysta pięćdziesiąt pięć… Na domiar złego okazuje się, że moja kasa pochodzi z gry typu Eurobiznes. Facet jednak jest istotą przyjazną i jakoś tak załatawia sprawę, że płacimy mniej niż stówę i dostajemy prezenty w ramach rekompensaty za niemiłe traktowanie przez sklep. Wychodzimy z budynku, ale jestem sama… Ciemno i paskudnie. Teren okazuje się być miejscem zamieszkanym przez dość zorganizowaną sforę psów, która świetnie go pilnuje. Nie mogę się ruszyć… teoretycznie, bo jakimś cudem jestem po chwili poza tą strefą. Stoi tam stara, pomalowana żółtą farbą szafa [która jest lodówką]. Mol ją otwiera, w środku w pozycji siedzącej, znajdują się zwłoki psa obsypane miejscami mąką [ma ona udawać oszronienie z lodówki]. Mol mówi, że to nieumarły pies, który zakończył swoje prawdziwe życie obrywając osiem razy nożem w tył głowy. Teraz stworzenie jest ponoć niebezpieczne. MAhnagor śmieje się ze mnie, że żal mi pieska… Uciekam.

I już.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: