Archive for Kwiecień 2007

h1

Strach, radość…

Kwiecień 18, 2007

Dawno nie budziłam się z płaczem. Naprawdę dawno…

Pokój, wiem, że tam mieszkam, choć widzę to pomieszczenie po raz pierwszy. Wchodzę do środka, na podłodze w kręgu siedzi kilka kobiet, rozkładają karty… Wróżą sobie? Nie zwracam na to szczególnej uwagi, mam inne sprawy na głowie. Uciekł mi kot.

Po jakimś czasie przez okno widzę, jak do dziury w ścianie budynku, po kablu wchodzą najróżniejszej maści koty. Czarno białe, rude, rudo białe, szylkretowe i w wielu innych wersjach kolorystycznych. Jeden z nich – miniaturowy [wielkości przeciętnego kota] albinotyczny tygrys bengalski – wskakuje przez uchylone okno i przez chwilę stresuje swoją obecnością osoby w pokoju. Zdaje się być groźny. Dowiaduję się wkrótce, że miejsce dokąd szły koty było siedzibą grupy tych stworzeń. Dowodzi nimi duża, czarna kotka, która każe nazywać siebie królową Mab [Tak, zupełnie jak „Królowa serc”]. Ma kleszcza nad lewym okiem. Kotka potrafi mówić, więc próbuję się dowiedzieć, co się stało z moim kotem… Moja rozmówczyni uznaje, że rzeczywiście ostatnio pojawił się ktoś nowy.

W tym momencie sen przechodzi w koszmar. Nieważne.

Za to dwie noce temu śniłam o Wrocławiu. O tym, że matka nie chce tu przyjechać, bo po dworcu rozlazły się aligatory, dotąd spokojnie zamieszkujące sobie Odrę. A i wiatr strasznie wieje. Tak mocno, że przechylają się zdrowo palmy rosnące tuż za moim oknem…

Cud się stał! Koło z chemii do przodu.

Reklamy
h1

Możliwości wyszukiwarek.

Kwiecień 13, 2007

I – tak po prawdzie – ich wpływ na nas.

Przeczytałam dziś jedno z haseł,  dzięki któremu ktoś wszedł na tą stronę. Chodziło mniej więcej o to, co należy robić, gdy kot traci na wadze. Po cichu liczę na to, że ta osoba tu jeszcze zajrzy… Gwałtowne przybranie na wadze, bądź utrata ciężaru ciała kota może być sygnałem, że z naszym ulubieńcem dzieje się coś paskudnego, dlatego swojego przypadkowego czytelnika/czytelniczkę błagam o wizytę z kotkiem u weterynarza, bo to tak naprawdę jedyne wyjście, które może w jakikolwiek sposób pomóc.

Naprawdę wierzę, że to może się przydać. I życzę powodzenia.

h1

Sennik. Bez dwóch zdań.

Kwiecień 9, 2007

Prawda? Kiedyś trzeba będzie to zebrać, zapisać ładnie i wydać. Biorąc pod uwagę fakt, że mój mózg radzi sobie z codziennością w dość niezwykły sposób pokazując mi takie sny, że trudno jest w nie czasem uwierzyć, to może mieć sens. *szeroki uśmiech*

Dziś w nocy działo się wiele… Dwa wątki, jeden zupełnie oderwany od drugiego.

Na skalistym brzegu morza stoją trzy postaci, konkretniej każda z tych osób stoi na wielkim kamieniu. Istota, która nas najbardziej interesuje to postawny mężczyzna, który – choć nie wygląda jak on – zdaje się być w sytuacji podobnej do tej znanej nam z trylogii husyckiej Sapkowskiego i dotyczącej Samsona Miodka. Owy samiec chce wymigać się od rozmowy z dwójką przybyszy, więc mówi im, że szuka Atlantydy. Nie wiem, czy rozsądnie jest mówić o takich rzeczach rozmówcom, którzy wyglądają… Inaczej. Blondwłosa kobieta stojąca blisko naszego Samsona ma zamiast lewego ramienia szczypce, takie czerwone, porośnięte niewielkimi ukwiałami szczypce – zupełnie jak rak. Mężczyzna stojący nieopodal wygląda zwyczajnie. Z perfidnym uśmiechem pytają

Atlantydy szukasz?
To nabierz powietrza w płuca…

Poziom wody gwałtownie się podnosi [okazuje się bowiem, że głazy stały w wodzie], cała trójka płynie w dół… Oczywiście, Samsona atakują jakieś wielkie rekiny, jednak płynąca obok kobieta stwarza wokół naszego bohatera jakąś sferę niewrażliwości. Płyną…

Pierwszy wątek za nami… W drugim już pojawiam się – prawdopodobnie – ja.

Spotkanie ze starym znajomym [nie mam pojęcia kto to, ale wiem, że znałam… znam, ale dawno się nie widzieliśmy]. Stoi przy mnie kieliszek z czerwonym winem, które nie ma smaku ani zapachu alkoholu. Toczy się rozmowa o wszystkim i o niczym, butelka zdaje się sama napełniać, gdy odwracam dosłownie na sekundę wzrok. W obawie przed nachlaniem się kończę spotkanie i odchodzę. Gdy jestem już w domu, okazuje się, że muszę załatwić sobie sukienkę, bo ‚cośtam’. Ktoś przynosi mi kieckę wykonaną z gąbki, owiniętej błękitnym materiałem, wszystko ze złotymi wykończeniami… Właściwie podobna do tej noszonej przez królewnę Śnieżkę. Dziękuję, postoję. Ląduję w końcu w swojej starej, dobrej czarnej. Pytanie brzmi: Gdzie i po co?

Natomiast poprzedniej nocy…

Robiliśmy zakupy w pewnym dyskoncie. Spodziewaliśmy się, że będzie nas ta zabawa kosztowała nie więcej niż sto złotych, tymczasem kasjer twierdzi, że winniśmy zapłacić trzysta pięćdziesiąt pięć… Na domiar złego okazuje się, że moja kasa pochodzi z gry typu Eurobiznes. Facet jednak jest istotą przyjazną i jakoś tak załatawia sprawę, że płacimy mniej niż stówę i dostajemy prezenty w ramach rekompensaty za niemiłe traktowanie przez sklep. Wychodzimy z budynku, ale jestem sama… Ciemno i paskudnie. Teren okazuje się być miejscem zamieszkanym przez dość zorganizowaną sforę psów, która świetnie go pilnuje. Nie mogę się ruszyć… teoretycznie, bo jakimś cudem jestem po chwili poza tą strefą. Stoi tam stara, pomalowana żółtą farbą szafa [która jest lodówką]. Mol ją otwiera, w środku w pozycji siedzącej, znajdują się zwłoki psa obsypane miejscami mąką [ma ona udawać oszronienie z lodówki]. Mol mówi, że to nieumarły pies, który zakończył swoje prawdziwe życie obrywając osiem razy nożem w tył głowy. Teraz stworzenie jest ponoć niebezpieczne. MAhnagor śmieje się ze mnie, że żal mi pieska… Uciekam.

I już.

h1

Znowu?

Kwiecień 2, 2007

I znowu, i znowu…

Jesteśmy gdzieś na pewnej polnej drodze. Samochód za nic nie chce ruszyć, ale jest na to sposób. Wystarczy wydoić lochę [pani dzik] i nalać to, co się uzyska, do silnika. Jednak pomimo tego, że on tą lochę wydoił, poszłam sobie gdzie indziej. Stanęłam przed posesją kogoś, z kim chciałabym się zobaczyć, jednak wiem, że to niemożliwe [w rzeczywistości]. Brama zamknięta jest na ciężką kłódkę.

Oczywiście, zauważam ruch firanki. Okno zostaje otwarte po jakimś czasie i kobieta oddalona ode mnie o dobre dwadzieścia metrów podaje mi przez owe okno kota. Białego, dorosłego kotka. Zabieram go, by pogłaskać i przy okazji pytam, czy zastałam poszukiwaną przeze mnie osobę. Okazuje się, że poszła sobie pić do znajomego. Cóż, więc jednak się nie zobaczymy.

Dzwoni budzik. Nie rozumiem, czemu pierwszym moim słowem tego dnia jest soczyste „Kurrrwa”. Do tej pory nie pojmuję, choć myślę o tym od chwili, gdy się zorientowałam, że tak właśnie było.

Pomyśleć, że jeszcze wczoraj narzekałam, że snów nie pamiętam. Różnie bywa.