h1

So GOOGLE it!

sierpień 8, 2008

Dawno tego nie było, nie wiem, czy warto jeszcze wspominać takie tematy, ale postaram się wybrać kilka perełek.

Google przysłało mi tu takich ludzi…

dlaczego potrafie pomoc innym a sobie ni – Prędzej chciałabym się dowiedzieć, jak to zrównoważyć.

opisy gg czemu cie nie ma na wyciagnieci – ręki? Ha, życie jest brutalne.

opisy o sobie na blogach - co kto lubi…

uciekł chomik-jak go znaleźć – to zależy, czy miał szansę wydostania się na zewnątrz domu/mieszkania. Jeśli:
A)  nie miał. I jest prawdopodobnie w tym samym pokoju. Zajrzeć pod wszystkie dostępne meble i na półki. Im bardziej niedostępne dla nas, tym ciekawsze dla chomika. Poobstukiwać meble, żeby ew. go obudzić i w końcu położyć się na środku pokoju, żeby nasłuchiwać. Jak już się wie, gdzie jest, to mamy za soba połowę roboty. [Sama wypróbowałam ten system]
B) miał. To jest problem. Pozamykać wszystko, upewnić się, czy ew. nie ma go w pokoju. Jeśli mógł wyleźć na dwór to prawdopodobnie daleko nie uciekł, przeczesać podwórko, krzaki. Ja chomika współlokatorów wypatrzyłam na balkonie sąsiadów, dzięki wyjątkowo mocnym okularom [pożyczonym, nie mam aż tak dużej wady wzroku]. W tym przypadku przydaje się dużo szczęścia. niestety.

jak odnaleźć kota – ogłoszenia, telefon do schroniska, jeśli jest w pobliżu. I szukanie ‘czynne’. Obym nigdy nie musiała tego wypróbować…

czemu nie dzwoni? - ona czy on? Ona pewnie dlatego, ze nie może się na to zdobyć/wcale nie zamierza zadzwonić. On? Pewnie nawet na o nie wpadł, że czekasz. ;) A może po prostu telefon zdechł? :P

do czego pasuje waga – do łazienki :P Nie, poważnie, nie ma się co zastanawiać nad znakami zodiaku i szukać na ich podstawie kogoś.

kobietki prywatnie - tylko raz się pojawiło w ciągu miesiąca! *duma*

samica kłapoucha? - czemu pluszowy osioł miałby mieć jakąś samicę? Kłapouchego?

opisy na gg- gdy chłopak rzuci ; opisy na gg o tym ze chlopak cie przezyw ; jakies opisy o sobie czy cos w tym stylu – no nie. Wbrew pozorom, to nie jest strona, na której można odnaleźć tak błyskotliwe informacje :P Jak Cię rzucił, olej go. Jak Cię przezywa, przywal mu w pysk. Jak chcesz pisać o sobie… Powstrzymaj się ;) I nie trać czasu na myślenie nad opisem na gg.

jak rosnie chomik bengalski - wzdłuż i wszerz, później tylko wszerz. Ale jakoś się ten wzrost nazywał… Aj, aj, matura z biologii…

kaszel u psow zwiazany ze szczekaniem – sugeruję pilną konsultację z weterynarzem. Porządnym.

Kilka haseł o snach, sennikach, kobietach wampirach [nie wybaczę tych lolitek]… W zasadzie nic interesującego. To już nie te czasy.

Sny…

Zostałam wysłana przez członków rodziny do jakiegoś magazynu, skąd miałam przynieść żywność i piwo. Byłam załadowana, żarcie i puszki przyczepione były do mnie tak, jak to tylko możliwe – m.in. wetknięte w spodnie, a i tak miałam problemy z utrzymaniem tego wszystkiego. W zębach trzymałam paragon – 70,49 [miałam go, choć nie płaciłam]. Miałam kupić “Carlsberga, jakieś Piwo i kilka piw” – powiedziane to było właśnie w ten sposób. Wychodzi na to, że jedzenie wyszło z mojej inicjatywy. Sam magazyn był dość spory, pełno w nim było ludzi, głównie jacyś obszarpańcy. Widać było, że im się nie przelewa. Towary były byle jak rozrzucone na metalowych regałach, swoją drogą – wysokich. Miałam pewne kłopoty, gdy próbowałam coś stamtąd ściągnąć.
Gdy wracałam, poszłam w inne miejsce [choć ostatecznie to właśnie tam miałam iść]. Trafiłam na lekcję muzyki, spotkałam tam kilka osób ze swojego roku. Umawialiśmy się na wyjście do kina na jakiś horror [ja. ja chciałam iść na horror]. Jednak wcześniej, w momencie, gdy wchodziłam do klasy, z zaplecza wyszła królewna Fiona [!]. Ucieszyłam się na jej widok i stwierdziłam “Nie złapali Cię”, ktoś powiedział, że trzeba ją ukryć, bo za łatwo będą mogli ją znaleźć… Była [słusznie] oskarżona o morderstwo. Sama klasa była sporym pomieszczeniem ze starymi, zniszczonymi ławkami, każda obsadzona przez dwie osoby.
Po chwili okazało się, że jesteśmy już w kinie, jednak wyszłam z koleżanką, by zamówić bilety na ten – właśnie trwający – seans, w kasie dowiedziałyśmy się…
- No tak, sala gimnastyczna jest wolna – kobieta pokazała nam rozkład krzeseł.
- Znajdą się cztery obok siebie? – to akurat ja.
- Coś Ty, Kasia. Ja słyszałam o conajmniej trzynastu osobach…

Po drodze z klasy/sali do kasy i z powrotem musiałyśmy uważać na szlające się grupki znudzonych żołnierzy, którzy mieli skłonność do strzelania przed zadawaniem pytań i – co brzmi jeszcze lepiej – na jakieś kilkanaście metrów przed samym wejściem do kina, gonić nas zaczął [zaczęło?] Yeti. Duże, futrzaste, białoszare Yeti. Chyba nie potrafiło otworzyć drzwi do kina. Na nasze szczęście.
Na sali było szesnaście miejsc. Ostatecznie siedzieliśmy porozdzielani przez obce nam osoby [wiem, że to brzmi dziwnie biorąc pod uwagę liczę osób i miejsc ;) ]. Na horror starałam się nie patrzeć [szybka decyzja, nie ma co], więc trudno mi napisać coś o nim, ale był raczej niesmaczny niż straszny. Dużo robali, takie tam. Nikogo raczej nie ruszał, może co wrażliwsze panienki ;)

h1

Would you…

lipiec 30, 2008

…lie with me and just forget the world?

Wiem, że nie.

Tak, tak, to cytat z jakiejś piosenki. Szczerze mówiąc nie słyszałam jej, ale wiem, że istnieje. Who cares.

Sny szlag trafił, są monotematyczne, chciałabym się ich pozbyć, bo tematyka mnie martwi i wolałabym ich nie pamiętać w takiej postaci, ale może kiedyś wrócą te stare dobre marzenia senne, które nie miały bezpośredniego związku z nadziejami/lękami/blabla.

Ale fakt faktem, jakiś czas temu po przebudzeniu spisałam dwa sny, które chyba warto przytoczyć. Tęsknię za tymi powalonymi, ale… nic nie poradzę na to, że jest jak jest. Nie ma co narzekać.

W takim razie przy dźwiękach “Nad pięknym, modrym Dunajem” spiszę to, co przyśniło mi się dość dawno temu. [Zamierzam nauczyć się walca i nawet już mam kogoś, kto mnie nauczy. Ha, Kasia zdobywa nowe skille.]

Po przeczytaniu notatek, spisanych po przebudzeniu, stwierdzam, że już drugiej połowy prawie nie pamiętam… Jednak:
Jest cel, dobiec do wagonu pociągu i wsiąść doń, zanim ruszy [nieistotny wydaje się fakt, że ten akurat jest odczepiony]. Towarzyszy mi szóstka dzieci [wiek ok. 7-8 lat; trzy dziewczynki, trzech chłopców]. Wsiadamy… Pociąg rusza, ten wagon póki co nie bardzo… Cała akcja skupia się w tym momencie na dołączeniu do reszty składu. Wagon jest przyciągany oddziaływaniami magnetycznymi [ :P ], które czasem działają, czasem nie. Ma miejsce kilka akcji typu “Kasia biega po całym pociągu, sprawdzając ciągłość jakichś kabli”, czy “Kasia wychyla się z wagonu i zahacza o wodospad, pod którym przejeżdża aktualnie pociąg” albo “Kasia chroni pociąg przed złoczyńcami”. Standard.
Do wagonu wpada trzech facetów ze złymi zamiarami, jednak podjudzone [przeze mnie] dzieci zaczynają działać im na nerwy, co otwiera drogę obsłudze [i oczywiście głównej bohaterce :P ] do pacyfikacji [powiedzmy] oprychów. Bolało ich.
Sen przeszedł w tzw. fazę drugą. Szykujemy platformę na jakąś paradę [ja, kuzyn i kolega Krzyś], niestety nie pamiętam na jaką… W notatkach stoi “związaną z Wł. M.” – żałuję, że nie umiem tego rozwinąć [władzami miasta? oO]. Nie możemy dojść do porozumienia w kwestii wyglądu, malujemy raz po raz innymi kolorami… Jako główną atrakcję przyjmujemy wymyślony przez Krzyśka mały, zdalnie sterowany helikopterek, który będzie atakował gapiów :P [Widzę tutaj wyraźne odniesienie do GTA, niestety ;) ]

Tej samej nocy, lecz wcześniej, śniłam inny sen…

Jestem “gorylem” i mam swojego podopiecznego wyprowadzić ze szpitala, jest tam też drugi ochroniarz. Przez oszklone wyjście widzę sportowy samochód pod szpitalem. ‘Przeczucie’ mówi mi, że siedząca w środku dwójka to policjanci. Zaczyna się strzelanina. Jacyś znajomi wyprowadzają ‘Dona’, kolega zostaje postrzelony, ja zresztą też. Muszę zawrócić, żeby towarzysza oddać w ręce lakarzy. Po drodze zabijam jakiegoś policjanta. Muszę przebić się przez stary browar, żeby dostać się z powrotem do szpitala, ale pościg sprawia, że muszę ukryć się pod płachtą starego brezentu. Spod niego wycieka strużka krwi, jednak komisarz, który wbiega do hali, pomimo tego, że mnie zauważa, wychodzi bez słowa.
Tracę przytomność [?], po jej odzyskaniu ból jest mniejszy [jasssne...], ktoś chce mnie wyprowadzić z tego miejsca, dostępne jest dwoje drzwi: niezniszczone, ale obwiązane czarną, jedwabną apaszką i drugie – zdemolowane, trochę zablokowane gruzem. Upieram się, żeby odwiązać chustkę, ale wydaje się to być hm… niewłaściwe. To dość ciekawe, bo nie wiadomo czemu. Jakieś takie tabu. Sprawa nie zostaje rozstrzygnięta, bo akcja przenosi się do lasu, gdzie idę w dół, owinięta w koc, z innym uciekinierem “w stronę ognisk”. Po jakimś czasie rzeczywiście zauważamy światła… Przy najbliższym siedzą już trzy inne osoby. Jako jedyna jestem tutaj “nowa” i okazuje się, że takie własnie osoby wykorzystywane są do sprawdzania działania świeżo odkrytych ‘ziółek’/'grzybków’ i im podobnych. Zostaję wysłana do innego ogniska, do którego mam wrzucić jakieś zielsko i wdychać dym… Niestety, rozpoznaję rośliny :P To wymiotnica i coś, co nazywam “daisy” i we śnie to poprawna nazwa, choć roślinka ta wcale stokrotką nie jest. Na szczęście, niczego nie musze wdychać, bo zostaję dośc brutalnie wyrwana ze snu ;)

h1

Dream on.

marzec 21, 2008

Powiem szczerze, że myślałam, że moje sny mnie opuściły. Że coś jest nie tak. Jednak jakiś czas temu wróciły, ale niestety nie wszystkie nadają się do opisania – byłyby po prostu zbyt niezrozumiałe dla osób postronnych. Ale…

Szłam do mieszkania, było już szarawo. Dwie osoby przed moją klatką schodową grały w badmintona, więc przyglądałam im się z boku. Dziewczyny te miały dziwne rakietki, zakończone dość twardą gąbką w kształcie wydłużonego klauniego nosa [wiem, że to dziwnie brzmi]. Oczywiście, okazało się, że też mam takową w dłoni. Niestety, jakoś zepsułam im grę i odprowadziły mnie nieprzyjemnym wzrokiem do drzwi klatki. Nakłoniło mnie to do pójścia kilka pięter wyżej niż powinnam [żeby je na wszelki wypadek zmylić]. Co dziwne, w bloku była winda – oszklona jak się tylko da. Na trzecim piętrze, oparty o grzejnik stał w swojej charakterystycznej zielonej koszuli kolega. Porozmawialiśmy chwilę, po czym zeszłam na dół.

Tym razem wsiadłam do windy, pojechałam na samą górę i zaczęłam zjeżdżać na dół. Dość szybko i powiedziałabym – za szybko, bo tak naprawdę winda spadała. Bałam się okropnie. Cały czas rozmawiałam z wcześniej wspomnianym kolegą, który – choć bezpieczny – zdawał się być na tym samym poziomie szybu, co ja. Na moment przed upadkiem wzięłam głęboki oddech i zakryłam twarz ramieniem. Miałam dziwne wrażenie, że jedyne obrażenia, jakie mogę otrzymać, będą pochodziły od szkła [a nie będą spowodowane upadkiem samym w sobie]. Tak się też stało.

Byłam pokryta warstewką odłamków, gdy wygrzebywałam się z resztek windy. Podejrzewałam tylko, że jestem cała we krwi, ale w momencie, gdy pierwsza osoba, która na mnie spojrzała, zaczęła uciekać – byłam już pewna.
Ktoś mnie podtrzymał, zmyłam z siebie szkło pod prysznicem [tak, tak... wiem]. I miałam tylko zaczerwienioną skórę, chociaż woda zmyła ze mnie sporo krwi.

Wątek zmienił się. Byłam… Hm, dwoma osobami jednocześnie. Pewnym wiedźminem i pewną czarodziejką, którzy szukali pewnej dziewczyny w Wieży Jaskółki. Towarzyszył im pewien bard. ;) Długo taki stan nie trwał, prędko było tak, że widziałam wszystko z perspektywy narratora.
Bard dostał od wiedźmina płaszcz, dzięki któremu miał odwrócić uwagę istoty strzegacej wejścia do wieży. Wyglądał tragicznie, na prawym rękawie i tuż pod karkiem miał koślawo wyhaftowany napis “Wiedźmin”. Wyglądało to tak, jak napisy na przedmiotach w grach o słabej grafice. Ale sprawił, że Jaskrowi wyrosły kilkucalowe szpony, więc pomimo śmiesznej wręcz brzydoty jakośtam działał.
Przekroczenie progu wieży, choć była widoczna, chyba przerastało możliwości naszych bohaterów. Widziałam teraz wszystko z perspektywy Ciri, która dowiedziała się, że wspomniana dwójka jakoś weszła do wieży i została tam uwięziona.  Nastąpił trudny do opisania proces wyzwolenia ich… Wygląda na to, że byłam w stanie monitorować stan “gry”, to znaczy wczytywać ją w razie potrzeby. Jednym z warunków było też założenie w odpowiednim momencie kapci. Nie wiem, po co.

Później byłam w jakimś polskim mieście, wiedziałam, że to nie Wrc, choć ulica wyglądała tak, jak jedna z wrocławskich. Miałam na sobie odblaskową kamizelkę i razem z kilkoma osobami przebiegłam przez ulicę przed tramwajem… Który łudząco przypominał starą skodę. Był jasnokremowy.
Okazało się, że nasz bieg zauważył strażnik miejski, który zawołał tylko “Patience, more patience, Ladies”.

Więc życzę sobie tej właśnie cierpliwości, w oczekiwaniu na kolejny sen ;)

h1

Ojej…

luty 7, 2008

Tharr be rats!

Pomimo tego, że doskonale wiem od czego zacząć, przychodzi mi to z trudem. Bo dobrze wiem, że nie będę umiała przekazać tego tak barwnie, jak to widziałam…

Jako pierwszy pokazał się ten oto wątek.
Leżę na łóżku w drewnianej chatce mojej babci, widać odwiedziłam ją i mam tam przenocować. Odkładam narysowany koślawo komiks, światło gaśnie, panuje półmrok. Próbuję zasnąć, ale co chwilę słyszę jakiś szmer. Ot, myszka pewnie. Jestem jej ciekawa, więc rozglądam się. Zauważam ogon znikający za rogiem drugiego łóżka i – chwilę później – sporą dziurę w podłodze. Dziurę, która ma strukturę jakby śruby, to znaczy widać półki na wewnętrznych ścinach. Bardzo dużo półek, a na półkach… Szczury. Mnóstwo szczurów, tysiące tych małych zwierzątek maszeruje w długim tunelu [dziurze...]. I jak mówię tysiące, to mam na mysli tysiące. Zrywam się z łóżka i wątek się zmienia…

Siedzę z dwójką nieznanych mi chłopaków i rozmawiamy o grze, którą mamy stworzyć. Ma być podobna do Crasha. “Programowanie” polega na tym, że piszę list [nawet nie o grze], posypuję go cukrem pudrem i zostajemy w trójkę przeniesieni do świata gry [takiego jakby "warp room'u"] – jesteśmy w miejscu, gdzie należy wybrać kolejny poziom, jaki chcemy przejść. Otacza nas dżungla, jest miło i słonecznie. Z poszczególnych leveli [prócz tego, który zaraz opiszę] pamiętam niewiele, tylko, że biegalismy, skakaliśmy po skrzynkach, zbieraliśmy “owoce wampa” i tak dalej. W końcu wybieramy level z wyścigiem, więc jedno z nas [ja, oczywiście] będzie musiało prześcignąć wrogów na motorze [oni mają inne pojazdy, jak w Crash Team Racing]. Zostaję wyznaczona do tego, bo to jeden z moich ulubionych poziomów w trzeciej części gry. Wskakuję na guzik, który przenosi mnie na tor. Na początku wygląda on bardzo podobnie do tego, który możey zobaczyć w grze – droga, wokół pustynia, kaktusy, coś jak w pobliżu strefy 51 ;), ale później ścigamy się w szpitalu – zakręty są ostrzejsze, trzeba uważać na pacjentów. Po wygranym wyścigu kręcę się po tym szpitalu, bo jestem spragniona. Jednak w kiosku chcą ode mnie astronomicznych sum za butelkę wody, by po chwili komu innemu sprzedać ją za grosze. W tym momencie szpital to już nie ciasne korytarze, którymi kluczyłam w czasie wyścigu, a wielka hala przypominająca raczej dworzec. Docieram prawie do wyjścia ze szpitala, co równałoby się ukończeniu poziomu, gdy zbliża się do mnie osobnik, twierdzący, że uwięził kogoś mi bliskiego i pozbędzie się go, jeśli nie oddam mu kodu gry. Na osobie tej zostaje wykonany zabieg – ponoć jest to usunięcie czegoś złego i paskudnego, jednak ja nie wierzę i sądzę, że umieścili w tej osobie minibombę termojądrową. Jestem w tym czasie pilnowana przez jakąś dziwną kobietę, której próbuję utrudnić życie złośliwościami, które – o dziwo – rzeczywiście na nią wpływają.
Widzę się z tą osobą i gdy wiem, że jest już bezpieczna, uciekam. [Bo tak trzeba, nie stchórzyłam ;) ]

Biegnę drogą pod lasem, jest ciemno. Docieram do przyczepy kempingowej, której drzwi zatrzaskuję przed kimś, kogo nie znam, ale wiem, że to najlepsze wyjście. W środku czeka na mnie moja towarzyszka [podobno]. Mamy razem spędzić tam jakiś czas. Więc wyciągam piosenki z mp3playera i wieszam je na haczykach obok tego, co powiesiła tam już ona. [Tak, one były materialne]
Staram się jakoś zaaklimatyzować, pytam o osobę, która była tu przede mną, dziewczyna opowiada… W pewnym momencie [co jest przeskokiem do innego wątku] dziewczyna klęka na łóżku, a gdy zamykam na chwile oczy sceneria zmienia się na wnętrze zamku. Patrzę oczyma księcia [ ;) ] na to, jak ojciec mojej lubej, księżniczki, zakazuje mi przeprowadzkę do mojego zamku z nią.
Zmienia się perspektywa i widzę ich wszystkich z boku. Ojciec, córka, zięć i trójka dzieci. Młodzi stawiają na swoim i bez poparcia jej ojca wychodzą w mróz i śnieg. Podążam za nimi, wędrują przez jakiś czas samotnie, dają sobie jakoś radę, choć wszędzie tylko śnieg, zaspy, las. W pewnym momencie z tego lasu właśnie wyłania się wielki konny orszak wysłany przez jej ojca. Z dwóch stron zamykają go skrzydlate wróżki na rumakach, pomiędzy nimi są też inne magiczne stworzenia. Młodzi dostają odkryty zaprzężony w dwa wilki powóz złożony z zabawek. Pędzą wszyscy, czując, że nie są bezpieczni. Zaraz za powozem biegnie śnieżnobiały, długowłosy, siedmionogi wilk, który zawsze strzegł królestwa. Oczywiście, potrafi mówić.

Orszak mknie przez zabłoconą teraz dogę, widać opuścili zimniejsze tereny, bo tutaj wyraźnie panuje odwliż. Pełno błota, z którego… zaczynają wyłaniać się szczury. Szczury, które mają zniszczyć wszystkich tu obecnych. Stoję przy młodym małżeństwie, obecna ciałem, i staram się jakoś pomóc odtrącając te małe, choć zaciekłe stworzenia.

Jednak orszak jest w rozsypce, w pewnym momencie na powozie są już tylko młodzi, reszta się rozpierzchła, dzieci zniknęły. Wilk dogania powóz w jakiejś wiosce i przekazuje im wieści o tym, że dzieci zostały porwane przez ich wrogów i ci stawiają pewne żądania w zamian za ich uwolnienie.

W tym momencie sen nie jest już taki łatwy do opisania, obrazy urywają się. Najlepiej pamiętam chwilę, gdy król zdradził swojego sojusznika i podał wrogowi informacje dotyczące ich następnych posunięć wojennych po to, by odzyskać te dzieci. Oczywiście widziałam zarówno moment przekazania informacji, jak i słyszałam wyadawane oddziałom rozkazy i widziałam jak się przegrupowują.

Jednak nie wiem nic więcej, bo w końcu się budzę…

h1

Bywa.

luty 3, 2008

Na świeżo, w godzinę po przebudzeniu.

Wyprawa, bo jak to inaczej nazwać. Idziemy niewielką grupą w jaskini, przewodnikiem jest wielkie, ślimakopodobne błękitne stworzenie. Kieruje nami legenda o dwóch olbrzymach, dobrym i złym [ ;) ], które to kiedyś toczyły walkę, ale zostały w końcu uśpione i przykute łańcuchami do podłoża. Dobry ma na imię Ceilon, jednak w tej jaskini spotykamy jego przebudzonego wroga, którego imienia nie znam. Wielki, łysawy z siwą brodą. Dalej jest przykuty, ale to mu nie przeszkadza w konstruowaniu różnych prawie-zabójczych machin i kierowaniu swoją armią trolli [rodem ze Świata Dysku - kamienne, wielkie, a jedyne, co je różni od dyskowych to fakt, że jedzą ludzi] i innych złych bestii. Drużyna zagaduje olbrzyma, podczas gdy ja robię szybki rekonesans, który tylko przybliża wygląd ‘machin’. Przeróżne klatki z średniogroźnymi pułapkami, które raczej mają powodować strach, niż być zdolne do wywołania cierpienia.

Wszystko jednak wydaje się i olbrzym nasyła na nas oddział chorych na wściekliznę nietoperzy, poroblem polega na tym, że jesteśmy bezbronni – jedyną broń stanowią leżące na dnie jaskini kamienie, a trzeba powiedzieć, że nie są zbyt skuteczne. Zostaję ugryziona i na polu walki pojawia się duża grupa osób, pomimo tego, że ich atakujemy, nie próbują zrobić nam krzywdy. Stoją bez ruchu. Okazuje się bowiem, że to grupa buntowniczych niewolników, która chce doprowadzić do pobudki Ceilona.

Zabierają nas do swojej kryjówki. Przed wejściem zauważamy, że z daleka widać Ceilona, który zamarł bez ruchu, napinając wiążące go łańcuchy. Ma błękitną skórę i złotą broję, a w jednej dłoni trzyma niewielką broń – chyba shuriken. W końcu trafiamy do pokoju, w którym mamy naradzić się z ich przywódczynią. W czasie tej rozmowy, zupełnie bezwiednie, wydrapuję na ścianie napis “Trafiłem tu z Kontynentu Przeciwwagi. Rincewind”. I dobieramy się do ich lodówki, w której znajdują się… trzy rodzaje sernika oławskiego.

Nie wiem, czy udało nam się uratować świat tym razem, bo zostałam brutalnie wyrwana ze snu. Jak zawsze zresztą.

Kilka nocy wcześniej we śnie również pojawiły się elementy związane ze Światem Dysku. Bo raczej rzadko ma się okazję, by odwiedzić Ankh-Morpork, prawda?

Parę przeplatających się ze sobą, lecz nie związanych wątków. Zrobiłam sobie notatki, żeby nie zapomnieć szczegółów, ale przyznaję szczerze, że w tym momencie juz połowy z nich nie rozumiem, nie umiem przypomnieć sobie z czym się wiązały, a szkoda.

Byłam więc w Ankh-Morpork, dokładniej w jakiejś zapadłej knajpie [nie był to Załatany Bęben, bo było spokojnie]. Szłam przez główną salę, gdy zauważyłam wnękę za obszarpaną, różową kurtyną w nieliczne fioletowe gwiazdy. Zajrzałam za szmatę i – co łatwo przewidzieć – znalazłam tam instrumenty [perkusję między innymi]. Odsunęłam się i cóż… Zaczęły grać. Tak, tak, same z siebie.

W takich momentach człowiek orientuje się, że stoi… Ba, tańczy na ulicy w zwiewnej białej sukience i całkiem dobrze mu to wychodzi. Do tego dołączają inni aktorzy [tak, bo to w końcu - jak się okazuje - teatr] i robi się pseudomusical, który gromadzi przed knajpą sporą grupę gapiów/widzów.

Później następują kolejne występy, współpracownicy zaczynają wydziwiać gubiąc prawdziwy sens sztuki i tak dalej ;)

Co ciekawe, pod wpływem tej muzyki aktorzy byli w stanie wykonywać kilkumetrowe, choć nadal taneczne kroki.

Co do moich notatek, których nie potrafię pojąć… Brzmią one:
- samochodzik
- pływanie
- łańcuszek, drapanie

Więc na pewno było ciekawie ;)

h1

Tylko to nie zawodzi.

styczeń 17, 2008

Byłam w najbliższej mojemu domu bibliotece, gdy dowiedziałam się, że “oni” idą, więc należy jak najszybciej uciec. Oddaliłam się trochę, ale – by ich zmylić [?] – szybko zaczęłam skradać się z powrotem. Żwir chrzęścił pod stopami, zdradzając każdy mój krok. Zauważyłam zza węgła cień zbliżającej się istoty, którą w sumie trudno opisać… Przypominała trochę Gammoreańskiego strażnika . W każdym razie wywiązała się krótka przepychanka, która nie zakończyła się moim sukcesem. Działo się to nad szerokim kanałem, do którego ostatecznie wpadłam, łamiąc cienką pokrywę lodu… Wygrzebałam się z wody i spojrzałam na zwierzchniczkę strażnika, która kazała mi się pozbierać i iść za nią. Wiedziałam skądś, że opór nie ma najmniejszego sensu. Od tej chwili widziałam akcję z perspektywy osoby trzeciej.

A było co oglądać…

Główna bohaterka zarzuciła sobie sporą belkę [znalezioną w kanale] na ramię i – ubrana w koszulkę kolczą – podążyła za tamtą kobietą. Nie szły długo, akcja przeniosła się do zamku, w którym trwało kameralne przyjęcie – ot, zwykła impreza rodzinna. Dlatego szybko wpędzono ją do lochu – studni o głębokości ok. 1,4 m [wystawała jej stamtąd głowa, a przecież dziewczyna była mojego wzrostu], zeszła tam po drabince, którą następnie wciągnięto do góry.

Stała w wodzie, sięgającej jej do połowy łydek, pływały tam dwie kostki mydła [nie wiem po co, nie chcę wiedzieć]. Uznawszy, że woda jest zbyt zimna, wdrapała się na wyższy poziom [czyt. wyszła z lochu] i stanęła obok strażniczki, która… Postanowiła pokazać jej pewną sztuczkę. Machnęła dłonią nad posadzką i wszystkie kamyczki jakby podążały za ruchem jej ręki, tak samo jak kamienie… Tworząc świetny tunel, by uciec. Gdyby ktoś się zbliżał, przeciwny ruch ręką zasypywał tunel, ale każdy gest tworzący drogę ucieczki sprawiał, że była dłuższa. Zatem sytuacja nie wydawała się tak zła…

Z tym, że czas naglił. W końcu wieczorem wybierała się na seans nowej ekranizacji Wiedźmina! A tu jakiś [...] człowiek uznał, że trzeba ją uwięzić. I to nawet bez konkretnego powodu. Tym kimś był niejaki Andrzej D. [osoba, która prowadziła u nas matematykę i statystykę]

Tak więc jeden z gości urodzinowych [mój kuzyn, z którym miała(m) iść do kina] postanowił jej pomóc, bo budowanie tunelu było zbyt czasochłonne. W domu obecne były zabezpieczenia, które niszczyły osoby nieuprawnione do poruszania się po zamku, więc objął ją w pasie, co powodowało, że zabezpieczenia traktowały ją jako część kuzyna. [dość zawiłe, ale chyba zrozumiałe...] Przeszli przez piwnicę, w tym pomieszczenie, które było gabinetem stomatologicznym, w którym akurat wykonywano jakiś zabieg, a pacjentka prosiła, by dziś wykonać jakąś operację, ale odmówiono jej zbywając ją głupim argumentem. Wyszli stamtąd szybko i znaleźli się w kuchni, dziewczyna musiała się schować w przyległej do tego pokoju komórce, bo do kuchni wparował jeden z gości. Nawet nie zdążyła zamknąć drzwi za sobą…

- Gdzie ona jest?

- Mamo, daj jej spokój…

Sęk w tym, że za nią wbiegły psy. Jeden był znany naszej bohaterce, więc pogłaskała go, gdy przyszedł do owej komórki, więc poszedł sobie spokojnie, ale drugi – szczeniak jeszcze – szczekał z radości, więc wszystko się wydało.

Ostatecznie chyba nie poszli do tego kina, bo zadzwonił budzik, wyrywając mnie ze snu pełnego lochów, mydła i efektownych ucieczek ;)

Najbardziej chyba w swoich snach lubię odniesienia do zdarzeń rzeczywistych, które podświadomość tak śmiesznie i nieprawdopodobnie łączy w całość ;)

h1

Więc o co mi chodzi?

styczeń 11, 2008

III LO w Opolu, siedzimy we dwójkę… Rozmowa na tematy okołoszkolne, dokładniej:

- Tyle lat się napracowałam, żeby do tej szkoły nie dotarł Giertych… A tu co? Gorzej.

W tym momencie po schodach wchodzi na górę Korwin-Mikke – nowy dyrektor szkoły. Postanawiam namówić dzieci biegające po korytarzu, żeby zaczęły hałasować, co być może jakoś destruktywnie wpłynie na cokolwiek. I w sumie wpływa… W czasie jednej z zabaw – jakieś takie przechylanie się jedno na drugie w dużej grupie [to trzeba zobaczyć ;) ] – przewracają się na jedno dziecko i przygniatają je. Gdy je rozgoniłam z dwoma kolegami, okazało się, że dziecko to przekształciło się w niemowlę podłączone do aparatury monitorującej jego stan. Który był ciężki, bo zaczęto nawet odliczanie do śmierci. W postaci 3 – 2 -1 – TVN. Na taki małym okrągłym monitorku.

Zaczęliśmy resuscytację… Kolega kilkukrotnie ucisnął klatkę piersiową dziecka swoim nosem, a ja wykonałam jeden sztuczny oddech. Ożyło, rzecz jasna.  Zasmarkało się, załzawiło, ale żyło.

Wtedy drugi z moich towarzyszy, który do tej pory tylko się przyglądał, stwierdził, że on słyszał, że w takiej sytuacji należy:

- Przyjebać takiemu dziecku z bańki.

- Ale zostałby przecież z niego tylko taki śmieszny, czerwony kleks.

Po czym w oczach stanął mi obraz właśnie takiego malowniczego kleksa i – co tu dużo mówić – wszystkich okropnie to rozbawiło. Wtedy- niestety – zadzwonił budzik. [Drugi wątek tego snu pomijam, bo nie był szczególnie interesujący, choć zawiły]

Kilka dni wcześniej we śnie odkryłam, że mogę przetransformować [?] się w kaczkę o pięknych, brązowych piórach.  Machałam skrzydłami, leciałam w kluczu… Aż do momentu, gdy jedna z moich koleżanek z klucza [jaskółka] zaczęła spadać. Pikowałam za nią aż znalazłam się we własnej kuchni. Krążyłam pod sufitem, wypatrując zagubionej ptaszyny, ale nic z tego nie wynikało, więc wróciłam do własnej postaci i – kierowana przeczuciem – zajrzałam do wyłączonej lodówki. Tam chowała się poszukiwana jaskółka, ale miała dziwny kapelusz i jakieś szmatki na skrzydłach. Gdy odwróciłam na chwilę wzrok – trzymając ją dalej w dłoniach – ta zamieniła się w małych [czyt. jaskółczych] rozmiarów kota [dorosłego]. Sen się skomplikował i już nie bardzo wiem, jak to skleić w całość… Ale widziałam w nim też poród, w czasie którego najpierw wypadły [ ;] ?] łydki,  a później należało jakoś resztę do nich dopasować… Jednak wydaje mi się, że to już za wiele, nawet jak na moje opowieści ;)

h1

I przychodzą same z siebie.

grudzień 24, 2007

Jak stoisz na wrocławskim rynku – przynajmniej tak Ci się wydaje – i widzisz, że kilka osób kopie do siebie piłkę o średnicy 6 cm, to się nie przyłączysz? Nie widziałam przeszkód. Byłam tam w granatowej, plisowanej spódniczce i “grałam”. Piłeczka odbijała się od budynków, krążąc po obszarze całego rynku. Było ciepło.

Ktoś nas zauważył [o dziwo ;) ] i to wszystko okazało się być mistrzostwami Europy, które wygrała “moja” drużyna [okazało się, że jestem jej kapitanem]. Dostaliśmy nawet medale i jakiś świstek, na którym napisano, że wszystko organizowane było przez katedrę immunologii…

W tym momencie akcja przeniosła się do dużego domu [prawdopodobnie] na przedmieściach, gdzie było pełno ludzi. Byliśmy na balkonie. Siedziałam na boku, rozmawiając z kuzynem i kątem oka widziałam jakiegoś pana w sutannie ganiającego za dziewczynami w krótkich spódniczkach. Dowiedziałam sie, że dzięki tym gonitwom “wszystko da się załatwić”. Wolałam nie wnikać w szczegóły ;).

Weszłam do środka budynku, wzięłam prysznic w ogromnej [!] łazience. Zniesiono mnie na dół, gdzie pod schodami szukałam kartek świątecznych z USA. Do budynku weszła wtedy koleżanka z liceum, oświadczając, że przyjechała z Olsztyna [choć studiuje we Wrocławiu], ale jej niewątpliwą zaletą było to, że przyniosła pizzę ;)

Sen właściwie był nieco bardziej rozbudowany, ale z różnych względów wolę niektóre fragmenty pominąć.

Dwie noce później… Wracaliśmy do mieszkania po zajęciach, ale wstąpiliśmy jeszcze do dużego sklepu. Coś na kształt supermarketu – wszystko i nic.  W tym przypadku trudno jest mi przypomnieć sobie konkretne wydarzenia, ale w pamięci pozostało wrażenie świetnej zabawy ;) Zupełnie jak po wieczorze nauki – jakkolwiek by to nie zabrzmiało. ;)

h1

Jest super, jest super…

grudzień 19, 2007

Tylko trochę szkoda.

Był dzień jak co dzień. Gdy w pewnym momencie kot zaczął mi tłumaczyć, że zostanie władcą świata. Po angielsku. Nie wiem, dlaczego nie chciał słuchać moich argumentów… Że nie może się porywać na takie rzeczy, że przecież jest moim kotem… Ale nie, syczał i z położonymi uszami powtarzał “I shall be the Emperor!”

Zażądał zablokowania pewnej autostrady we Włoszech, bo w innym wypadku będzie musiał zmusić swoich ludzi [czyt. właścicieli jego podwładnych kotów] do zrobienia czegoś złego. Autostrada ta, którą pokazywał mi na jakimś modelu 3D na komputerze, była dość nietypowa… Bo w przypadku zablokowania ruchu drogowego na pasach, które były niżej, samoloty na pasach wyższych startowały szybciej.

Niestety, musiałam posłuchać, co zaowocowało tym, że kotek wysłał swoje koty do Włoch. Zorganizował desant. Oglądałam transmisję na żywo, jak inne koty skakały ze spadochronami… Nie wszystkim udało się wylądować bezpiecznie, ale większość dotarła do celu. W tym momencie nastąpiła zmiana scenerii i okazało się, że jestem w tym kraju i staram się zniweczyć kocie plany. Byłam na terenie jakiegoś gospodarstwa [?], gdzie rozlokowano w różnych miejscach ładunki wybuchowe, które zostały rozbrojone dzięki mnie i osobom mi towarzyszącym.

Zatem plan mojego kota nie został zrealizowany i kicur nie przejął kontroli nad światem. Jak już do niego wróciłam, to – szczerze mówiąc – gryzło mnie poczucie winy, że kotek nie może spełnić swoich… marzeń. Było mi go naprawdę żal, ale jakoś się pogodził z tym, że jest znowu tylko moim kotem.

Zapewne po prostu przełożył swoje plany na później. ;)

h1

Szkoda gadać.

listopad 1, 2007

W pobliżu jeziora… Widać wał, pokryty jest takimi jakby kamiennymi, ale kruchymi płytkami, które kruszą się nawet, jeśli idzie się po nich boso.
Niedaleko stoi mała drewniana kapliczka [można wejść do środka].
Jest ciepło, słonecznie. Nad jeziorem dość duźo ludzi. Wspinam się na wał [nie ma schodów] i okazuje się, że wieńczy go jakby granica [linia po prostu]… z namalowanych flag Szwecji. Jedna obok drugiej, bez przerwy. Widzę, jak jakiś facet wskakuje na główkę do wody, ledwo unikając bolesnego spotkania z dnem. Myślę, że miał szczęście, bo właśnie mógł skończyć swój żywot. Sama w końcu – nie wiedzieć czemu – jestem w wodzie. Rozmawiam ze swoją siostrą stojącą obok i w trakcie tej rozmowy zauważam, że mój futerał na okulary [nie wiem, skąd tam się wziął...] tonie. Tak samo jak okulary i szmatka do nich – wszystkie osobno. Staram się je jakoś wydobyć, panikuję. Prawie je mam, gdy moja siostra – chcąc mi pomóc – łapie mnie za kostki i zaczyna obracać się szybko wokół własnej osi. Doszło do tego, że zachłysnęłam się wodą. Pokaszlałam, pokaszlałam i wylazłam na brzeg z uratowanym futerałem i resztą. Wszystkich ściągnęło do kaplicy, więc i ja tam poszłam… Na miejscu dowiedziałam się, że jakoś nikt mnie nie zauważa, prócz jednej osoby. Czyli – delikatnie rzecz biorąc kaszel nie pomógł i byłam nie za bardzo żywa ;) Zwróciłam jej uwagę na siebie pisząc znalezionym długopisem po ścianie – w końcu trudno zignorować napisy, które same z siebie pojawiają się gdziekolwiek ;) Okazało sie, że nawet mnie słyszy [ale nie widzi], więc nie czułam się zbyt samotnie. Kobieta ta rozmawiała przez chwilę ze swoim dzieckiem. Mówiła mu, że jest głodna, ale teraz nie ma czasu i że ma ono iść do domu i same coś sobie przygotować. A ona poszła ze mną do jakiegoś domu. Wszystko tam miało drewniane, ciemne wykończenia [domek rodem z horroru ;) ]. Chodziłyśmy, chodziłyśmy aż spotkałysmy jakiegoś faceta… Od którego dowiedziałysmy się, że ta kobieta nie żyje. Umarła z głodu kilka godzin wcześniej [czyli już po naszym spotkaniu]. W każdym razie pan ten uznał, że należy kogoś tu przetransportować na “drugą stronę”, co polegało na tym, że usiadłyśmy na fotelach z kółkami i złapałysmy za krawędzie stołu, który ów pan przepchnął przez międzywymiarowe drzwi. Nie było innej możliwości, ponieważ cośtam nas powstrzymywało i tylko tak ukradkiem, schowane tuż przy materii mogłyśmy tam się dostać.
Wszystko tam wyglądało tak samo. Ten sam dom, te same wykończenia. Poszłyśmy do pokoju, w którym wcześniej spotkałysmy kogoś. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że towarzysząca mi kobieta prowadzi przed sobą beżowy odkurzacz, ale wolałam ten fakt zignorować. We wspomnianym pokoju biegała w kółko jakaś blondwłosa dziewczynka i jakoś tak nieprzytomnie się śmiała [jakiś taki Chucky to był]. Wyglądało to sztucznie i… z każdym krokiem dziecko to zmniejszało się aż było lalką wielkości dłoni mniej więcej, w tym samym momencie zmieniły się barwy w tym śnie – wszystko nagle widziałam w odcieniach szarości, zrobiło się nieprzyjemnie [inaczej nie potrafię opisać tej "ogólnie odczuwalnej atmosfery"] i się obudziłam. Na szczęście. ;)