Archiwum kategorii ‘sny’

h1

A Ty się temu nie dziwisz.

październik 25, 2009

Minęło sporo czasu, przyznaję. Aż trudno mi coś teraz wybrać… ;) Zawsze spisuję sny, nawet jeśli wiem, że nie będę miała czasu, żeby któryś z nich tutaj zamieścić.

Byłam we Francji. Mieszkałam w kompleksie akademickim połączonym z dużym muzeum. Tak naprawdę, pamiętam tylko kilka momentów ze szczegółami. Oparta o ścianę we wspólnej łazience rozmawiałam z jakąś dziewczyną, gdy ta myła zęby. Byłam też na plaży, piękna, błękitna woda. Co dziwne – morze było bardzo niespokojne, chociaż nie wiało ani też w polu widzenia nie przepływał żaden statek. Ale fale były wielkie, co chwilę musiałam uciekać z ręcznikiem przed wodą. W pewnym momencie naokoło mnie zrobiło się tak gęsto od ludzi, że zebrałam manatki i poszłam gdzie indziej. Wylądowałam w miejscu, gdzie od deptaka do wody plaża miała z 20 m szerokości i była nachylona pod bardzo dużym kątem. Obok mnie, na pasie jakichś 5m woda co chwilę podnosiła się aż do promenady. Siedziałam zaraz obok i patrzyłam na to, bo wyglądało dość nadzwyczajnie. Widziałam tam kilka znajomych osób, ktoś nawet mnie rozpoznał i rozmawialiśmy chwilę – opowiadałam mu o kimś dla mnie ważnym – zupełnie nie wiem, czemu. Zrobiło się już trochę późno, więc wróciłam do akademika [?].

Tam przebrałam się w nieźle dopasowany garnitur, w którym z powodzeniem mogłam udawać chłopaka. Włosy też ułożyłam tak, żeby nie wyglądały szczególnie kobieco. I poszłam szukać niedostępnej dla zwykłych śmiertelników części muzeum, gdzie sprzedawano kradzione obrazy. A budynek pełen był bardzo podobnych do siebie korytarzy i przejść, które naprawdę trudno było odróżnić. Musiałam znaleźć jeden konkretny korytarz, wejść do dużej sali, gdzie te obrazy wisiały, pooddzielane drzwiami, za którymi agenci muzeum przebrani w te śmieszne białe peruki, finalizowali transakcje. Jak zwykle – najważniejszy był pewny krok. I najlepiej by było, gdyby nikt akurat nie wychodził z któregoś z tych pokoi. Jak jakieś drzwi się otwierały, to manewrowałam tak, żeby być odwrócona plecami do nich. Przeglądałam nieoficjalny katalog, niestety trafiłam w takie miejsce, gdzie wisiały same obce mi obrazy, więc za bardzo się tam kręciłam szukając czegokolwiek, na czym mogłabym zawiesić oko. W końcu postanowiłam wyjść, pech chciał, że akurat jakaś dwójka kolesi była wolna i mogli mi się przyjrzeć. Wiedziałam, że wszystkich, którzy przychodzili tutaj po raz pierwszy, obowiązywał jakiś rytuał inicjacji po to, by wszyscy pracownicy ich kojarzyli, żeby nikt obcy się tam nie dostał niezauważony. Usłyszałam uniżone “Dobranoc, paniczu”, na co minimalnie skłoniłam głowę, nawet się nie zatrzymując. Jeden z nich powiedział już ciszej “znasz tego młodego człowieka?” i zaczął się pościg. Byłam już za zakrętem i zaczęłam biec na zapas :P Krzyczeli, że ‘wtargnął crack!’. Przebiegłam obok przysypiającego strażnika, którego przedtem minęłam obojętnie i – następnie – próbowałam się połapać w istnym labiryncie schodów. Przeskakiwałam po kilka stopni, z ostatnich partii zeskakiwałam przeskakując przez barierkę, ale tamci też się nie męczyli. W końcu tak się zamotałam, że mnie otoczyli, ale machnęłam ręką i wskoczyłam w najbliższe lustro. Czary mary. Przeskakiwałam między lustrami, słysząc przytłumione głosy ścigających, że w końcu i tak mnie dopadną, po czym wyskoczyłam z lustra zaraz przy nich. Uśmiechnęli się z zadowoleniem, na co ja się uśmiechnęłam po swojemu… Zażyczyłam sobie w myśli przeskok do lustra w łazience akademika i wskoczyłam tam. Stamtąd ruszyłam do pokoju, zmieniając po drodze trochę strój, żeby już nie wyglądał zbyt męsko, z włosami postąpiłam podobnie.

I obudziłam się. ;)

h1

Jedna taka szansa na sto

lipiec 5, 2009

Zajrzałam do zeszytu, w którym notowałam sny, jak nie miałam dostępu do Internetu. W związku z tym pojawi się chyba kilka wpisów, ale nie mogę zagwarantować wysokiej jakości, bo nie pamiętam wielu szczegółów, a podejrzewam, że opisy są okrojone.

Ostatnio śnię głównie o dwóch rzeczach, między innymi i opakowaniach leków.

Pewnego dnia w lutym tego roku zorganizowałam sobie popołudniową drzemkę.

W tym śnie czasem widziałam akcję z boku, czasem narracja była pierwszoosobowa.
Dwie żyrafy stały w wodzie i próbowały zabić przebywające tam z nimi młode świnie, inne świnie patrzyły na to z brzegu – były bardzo niespokojne. Ludzie starali się rozdzielić zwierzęta, uratować świnie, w końcu jakoś zdołali to zrobić, choć nie było łatwo. Próbują później jakoś uporządkować wszystko, w sadzawce jest tylko jedna żyrafa. Któraś z dorosłych świń nie wytrzymuje napięcia i rzuca się z dzikim kwikiem na żyrafę. Znowu zaczyna się granda, po chwili żyrafa najzwyczajniej w świecie znika, a świnia zupełnie bez sensu próbuje pływać. Oglądam to z podwyższenia tak, jakby ta sadzawka była po prostu częścią wybiegu w zoo. Spod wspomnianego podwyższenia wypływa błękitna, świecąca fala, ludzie krzyczą przerażeni… świnia prawdopodobnie ginie.
Zmiana wątku, ginie jakiś naukowiec. Grupa policjantów w cywilu z owczarkiem niemieckim [skądś wiem, że jest nad wyraz inteligentny] odsłuchuje nagranie z przesłuchania, wygląda na to, że w sprawę może być zamieszana pewna kobieta, z którą ów naukowiec często rozmawiał przez telefon. Pochodzi ona z okolic Uralu, sam facet był z Grecji chyba.
W tym momencie mam okazję obejrzeć retrospekcję: [widzę z perspektywy podłogi] na ziemię pada ciało brązowowłosej kobiety, wzbudzając mały obłoczek kurzu, a dwóch facetów ucieka chyłkiem do samochodu. Okazuje się, że to TA kobieta, do tego dowiaduję się, że była prostytutką. Wygląda na to, że zarówno ona, jak i naukowiec wierzyli, że kiedyś uda im się normalnie żyć razem.
Kolejna retrospekcja – jeszcze wcześniej. On pracuje, ona dzwoni do niego – używają wideokonferencji. Widać, że kobieta bardzo, ale to bardzo się boi, kamera oddala się nieco i naukowiec widzi, że w głowę kobiety wbijane są właśnie noże. Krew spływa jej po twarzy, zacieki wyglądają jak pęknięcia na porcelanie, czy glinie – ale na pewno nie jak na skórze. Koleś rozłącza się i od razu organizuje przyjaciela, jadą jej szukać.
Następna scena – teren niemalże pustynny, w pole widzenia wjeżdża biała furgonetka, wiem, że w środku jest naukowiec ze swoim znajomym. Retrospekcja ucieka, w to samo miejsce wbiegają policjanci z psem, ale już jest o wiele za późno, bo przecież dostali się tam dawno po pokazanych w retrospekcji wydarzeniach.

Obudził mnie wtedy cholernie intensywny skurcz łydki.

h1

Proszę Pana

czerwiec 23, 2009

Jak wszyscy wiedzą, Kasia miała szczęście i dlatego pojedzie sobie na kurs francuskiego latem. Ta informacja jest potrzebna, żeby zrozumieć kawałek tego, co tam zaraz stworzę, a sen został sklejony przez mój mózg jak za starych dobrych czasów…

Jest zamek, jakby disney’owski, naokoło pełno postaci z bajek. To ponoć impreza organizowana przez jeden z najbardziej popularnych portali społecznościowych w Polsce, pełno postaci z bajek. Słyszę hasło, że przy spotkaniu grupy postaci usłyszy się wierszyk, jeśli wyłowi się z niego rym, to możliwy będzie odbiór interesującej nagrody. Jeden z nich brzmi “Królewna Śnieżka jest garbata”. Staram się coś ułożyć z tego, co słyszę od różnych grup. W końcu zostaję zabrana na latający dywan przez szalonego Rosjanina w wieku ok. sześćdziesięciu lat, którego celem jest cofnięcie się w czasie, by zawładnąć nad światem. Tymczasem facet ten stara się znaleźć sobie zwolenników, których odnajdzie w przeszłości i wychowa na swoich uczniów i chce ich przekonać do Matuszki Rosji, tłumacząc, że te wszystkie bajki mają swoje korzenie właśnie w tym kraju. To znaczy Królewna Śnieżka powstała na podstawie opisu Anastazji, Święty Mikołaj – wiadomo, nawet znalazł odpowiednik dla syrenki Ariel, ale nie potrafię go sobie już przypomnieć.

Zauważyłam wtedy pewne poruszenie, okazało się, że w zamku zaczyna brakować wody i jedyne zapasy zostały wywiezione w głąb pustyni na rydwanie zaprzęgniętym w dwie owce [jedna musiała nosić okulary, biedna], sterowanym przez dwa szalone chomiki, którym towarzyszyła Zebra z Madagaskaru [miał na imię Marty, czy jakoś tak]. Uciekli na pustynię, leciałam za nimi [już sama, szaleńca wyrzuciłam po drodze] i tam zamierzali wodę sprzedawać. Nakłoniłam ich do powrotu i od tej pory kierowałam tą pseudokarawaną. Pustynia była piaszczysto-skalista. Gdy wysforowałam lekko do przodu, żeby sprawdzić teren, zauważyłam, ze w pewnym miejscu trasy piasek układa się jakoś dziwnie. Gdy zbliżyłam się tam, z piachu wyłonił się Dżinn, który zamierzał nas najzwyczajniej w świecie zabić. Zaśmiał się groteskowo i zapytał “Któż wam teraz pomoże?”, na co jeden chomik odparł “chyba jeże w oborze”.

Dżinn nie bardzo rozumiał, więc przemknęliśmy chyłkiem… Zorientował się po chwili, że został wykiwany [omg...] i rozpoczął pościg, zagrzebał się w piachu i rył w nim jak kret, goniąc nas. Przy czym zaznaczył, że będzie nas gonił tylko do krawędzi najbliższego jeziora. Po drodze jeden z facetów zasłabł, więc zarzuciłam go sobie na ramię [:D] i biegłam dalej. Jeden z chomików napuścił na Dżinna swojego tresowanego jeża. Udało nam się dobiec do krawędzi jeziora i wreszcie odpoczęliśmy. Wiedziałam, że jestem teraz gdzieś we Francji i że mój kurs językowy w Cannes już trwa. Zdziwiłam się, że okolice tego miasta wyglądają zupełnie jak moja wiocha, ale uznałam, że najwyraźniej tak ma być. Zjedliśmy śniadanie, zepsułam telefon stacjonarny, którego nikt nie potrafił naprawić, a mi się nie chciało sprawdzać, czy umiem. Większość osób poszła się gzić po krzakach, a ja zwiedziłam okolicę. Na wszystkich budynkach można było wypatrzyć symbole religijne, jakieś figury Maryi, czy inne takie. Usłyszałam wtedy moją ciocię, która uznała, że też by taki chciała.

Czas płynął, a ja na dwa dni przed końcem kursu zorientowałam się, że coś jest nie tak [rychło w czas...], zaczęłam się rzucać, że miałam mieć 4h kursu dziennie, że miało być w Cannes, a jak to jest to miasto, to ja jestem królowa duńska i tak dalej. Nie próbowano mnie przeprosić, ale taka już chyba mentalność Francuzów z tego, co słyszałam ;)

Nie pamiętam już, co mnie obudziło ;)

h1

i znów zakwitną bzy…

kwiecień 26, 2009

Czytałam przed chwilą frazy wpisywane do Google’a, przerażają i śmieszą za każdym razem.

Nieistotne, w każdym razie chwalę się w końcu, że wiele się w moim życiu zmieniło. Tymczasem…

Byłam w szkole na zwyczajnej lekcji angielskiego, nauczyciel na początku zapytał, kiedy chcemy kartkówkę, zaśmialiśmy się tylko. Czekał, czekał, trochę się zdenerwował, w końcu stwierdził, że mamy się zdecydować, bo inaczej zrobi ją teraz. Umówiliśmy się na za dwa tygodnie, lekcja się skończyła, zaczęła się kolejna… Było jakieś zaliczenie/sprawdzian. Jedna osoba czytała tekst i tak długo jak czytała bezbłędnie, inna osoba mogła pokonywać tor przeszkód na ocenę. Osoba pokonująca tor mogła sobie wybrać kogoś, kto będzie dla niej czytał. Czytałam dla kilku osób, mieli szczęście, bo jakoś tak szło mi to dobrze, po trzeciej chyba wyszłam klasy, bo już mi się nie chciało – wiedziałam, że coraz więcej osób będzie mnie o to męczyć, a musiałam wrócić szybko do domu. Na korytarzu zaczepiła mnie woźna, zaczęła opowiadać, że nie powinniśmy mieć za złe zgryźliwości facetowi z angielskiego, bo stracił córkę niedawno. Wyszłam na zewnątrz i postanowiłam iść do domu pieszo. Idę, idę, w końcu zatrzymał się jakiś samochód – w nim wspomniany nauczyciel, zaoferował się, że mnie podwiezie, bo i tak jedzie do tej samej wiochy. Ok, wsiadłam, jechał z leksza za szybko jak dla mnie, w pewnym momencie zwróciłam uwagę na to, że po obu stronach drogi jest woda, jakby droga była jakąś taką trasą przecinającą jezioro – poziom wody był równo z drogą. Zaczynałam się powoli bać, że zostanę porwana. Niestety, facet w pewnym momencie gwałtownie skręcił, okazało się, że trochę pod powierzchnią wody jest pomost, ale fakt faktem koleś jechał na pamięć, twierdząc, że jego ojciec kiedyś jechał z nim tędy – zmartwiło mnie trochę to, że wszystko od tego czasu mogło tam zgnić… Jedziemy, jedziemy, wokoło już jakieś bagna, niby bagna, ale też mam wrażenie, że jeździmy po zrujnowanych drewnianych domach – fragmenty ścian, mebli, dawno nikogo tu nie było na pewno. Mam rozglądać się za czymś, co moim zdaniem by trzeszczało. Zauważam święcący białobłękitnym światłem sześcian o boku mniej więcej 20 cm, zatrzymujemy się i zabieramy go, później szukamy czegoś mniejszego, płaskiego – znajdujemy to, ale nie pamiętam do czego było potrzebne. W sześcianie ukryte jest wieczne pióro, białe z brzydkimi kwiecistymi złoceniami i jakby wyrzeźbionym gęsim piórem na końcu, a wokół stalówki było pełno czerwonego syfu, jakby krwi. Nałożyłam stalówkę, a jak chciałam napełnić pióro atramentem, to dowiedziałam się, że nie trzeba. Powiedział, że mam coś nim napisać, przy pisaniu okazało się, że rzeczywiście pisze na czerwono i poprawia błędy ortograficzne, to znaczy nie da się napisać czegoś z błędem. Okazuje się, że pisała nim kiedyś moja siostra. Mam odłożyć je na miejsce, ale kartkę sobie zostawiam, bo chcę wyekstrahować atrament i otrzymać z niego jakiś środek do zrobienia kremu usuwającego niedoskonałości skóry [yeah]. Dostaję się z powrotem do wiochy, gdzie jest szkoła, idę z matką do niej do pracy, ma tam być jakaś ekipa remontowa. Dwaj faceci leżą kompletnie pijani, nadzy. Jeden na biurku – ma protezę zamiast nogi, swoją drogą tak dziwnie wygiętą, że aż robię zdjęcie, uznając to za swego rodzaju sztukę […]. Drugi śpi na stole. Rozmawiają z nami jacyś policjanci, gubią ‘przypadkiem’ marihuanę w postaci sznurka, moja matka ją sobie przywłaszcza, bo postanawia spróbować. Zachowuje się później dziwnie, ale nie mogą jej nic zarzucić, dopiero czepiają się, jak próbuje zjeść kubek. Duży kubek. Wkłada go sobie do ust, po czym dochodzi do siebie i zaczyna się śmiać, że ‘ahaha jaka to ona głupia, bo chciała zjeść kubek’.
Wtedy ktoś odkręcił wodę w kuchni.

h1

Nie za dużo tego GTA?

grudzień 28, 2008

Mniej więcej taki komentarz usłyszałam od osoby, która usłyszała ten opis jako pierwsza. Chciałabym tylko zauważyć, że w GTA nie grałam tak naprawdę :P
Wrocław,  jadę tramwajem, wysiadam i się robi musicalowo, biegnę kawałek po torowisku i śpiewam jakąś taką musicalową piosenkę, której słów nie pamiętam, ale coś o tramwajach było. Zdaję sobie sprawę z tego, ze jestem śledzona, choć nie wiem, czemu ktoś miałby to robić. Nie jestem uzbrojona. Siadam na murku przy jakimś domu i zaczynam czytać gazetę, bezczelnie machając do facetów, którzy siedzą w pobliskim samochodzie i udają, że nie są moją osobą zainteresowani. Po mojej lewej widzę napis wyglądający mniej więcej tak:

<— WYSPA ŻÓŁWIA —>

W pewnym momencie jeden z facetów wyciąga telefon, dzwoni, po chwili przyjeżdża karetka [taka stara polonezowata]  i zajmuje ich miejsce – czyli po przeciwnej stronie niewielkiego, kwadratowego placyku, a oni odjeżdżają. Wtedy zaczyna się granda, bo od mojej prawej przyjeżdża samochód, wyskakują z niego faceci krzyczący do siebie coś po rusku i… kto by pomyślał, strzelają do mnie, wywiązuje się ogólna strzelanina, bo jacyś inni zaczynają do nich strzelać, ja się chowam [znaczy uchylam], na początku nie trafiają, ale w końcu obrywam [widzę teraz siebie z perspektywy osoby trzeciej, więc nie czuję bólu], dostałam w +/- miejsce, gdzie rozchodzą się oskrzela [na lewe i prawe :P]. Pluję krwią, takie tam, policjanci są źli, że oberwałam, bo mieli mnie pilnować, ja jestem zła [!], ktoś krzyczy, że trzeba mnie zwieźć do szpitala, kto inny stwierdza, że to bezsens, bo dosłownie chwilę wcześniej Ruscy wysadzili wszystkie szpitale w mieście, specjalnie dla mnie. Jeden z policjantów prowizorycznie tamuje moje krwotoki [m.in. z uszu :D ]. Już widzę wszystko swoimi oczyma, tymczasem podjeżdża samochód z drugimi Ruskimi, na szczęście tym nie udaje się mnie trafić, giną. Zabierają mnie do pobliskiego sklepu zoologicznego, gdzie karmią mnie jętkami [tak na to mówią, ale jak dla mnie to były rozwielitki], co wyraźnie podnosi mój poziom żywotności, wygląda na to, że przetrwam. Wywożą mnie do domu. Pełno tu ochrony [i to już takich byczków z antyterrorystów :P ], matka zauważa przez okno, że ktoś idzie w kierunku drzwi i nie są to osoby znajome, więc wysyła mnie na strych, gdzie mam się schować. Jako broń znajduję sobie średniej wielkości łopatę. W tym momencie dzieje się coś dziwnego, bo dołączają do mnie jakieś jednostki, które mają mnie bronić i które zostają tam dopuszczone przez moją matkę, ale chwilę później zastępuje je ktoś inny, dostają za to opieprz ode mnie, bo wiem, że nie maja autoryzacji danej przez matkę i wręcz przyznają się, że przyleźli tu bez jej wiedzy, co jest conajmniej dziwne. Wtedy jeden wyciąga taką sporą kamerę i zaczynają kręcić, jak cała grupa wbiega na strych, na ich czele jakiś taki o ciemniejszej karnacji – okazuje się, że to jakieś jednostki egipsko-arabskie. Denerwuje mnie to, bo kręcenie takich głupot jest bezcelowe i wręcz może komuś złemu pomóc, dlatego ten supersamiec na czele obrywa ode mnie łopatą po mordzie, kamera zostaje zniszczona w podobny sposób. Później ci kolesie organizują sobie ucztę na moim strychu, przebierają się w robocze ciuchy i zaczynają ów strych remontować, wyduszam z jednego z nich, że tak naprawdę są tutaj, żeby zbierać informacje na mój temat, żeby przekazać je Osamie.

Ekhm.

Postanawiam wiać :P Schodzę na dół z łopatą, tam stoi koleś z kałachem z wbudowaną weń kamerą/komputerem i nadaje bezpośrednio do Osamy, celując we mnie kamerą, zasłaniam ją ręką i zmienionym głosem i sepleniąc błagam go o litość dla mnie i mojej matki – Osama się rozłącza, bo uznaje, że to nie ja, po czym wyrywam kolesiowi broń, walę mu kolbą w nos i próbuję to odbezpieczyć, żeby go zastrzelić. Odciągam jedno coś, drugie, ale dalej nici ze strzelania . Wtedy któryś z tych starych żołnierzy wykonuje jakiś taki gest, który powtórzony na broni sprawia, że mogę strzelać. Zabijam tego złego [naboje to takie małe dziwne sprężynki]. Znajduję matkę zamkniętą w pokoju ‘dziennym’ – jest dziwnie ubrana ma perukę taką wysoką i suknię z krynoliną, ale jakoś mnie to nie dziwi [!]. Uciekam, wiem ,ze ona sobie poradzi. Dzwoni do mnie kuzyn – szef mojej ochrony – mam się z nim spotkać w jakiejś knajpie. Jestem znowu we wrc, idę na miasto, na pasku życia widzę, że niewiele mi brakuje do śmierci, więc postanawiam coś zjeść, ale napierw jadę motorem – przede mną wyświetla się trasa, po której mam jechać, trafiam do jakiegoś skateparku, gdzie muszę zdobyć kilka nowych umiejętności, zanim zrobię cokolwiek innego. Tak więc zamieniam motor na deskorolkę i cośtam robię – same prostsze rzeczy typu kickflip [prostsze, jak się gra na komputerze, pewnie w rzeczywistości bym w życiu tego nie zrobiła]. Robię co trzeba i odjeżdżam, podjeżdżam pod centrum handlowe, po którym jeżdżę na deskorolce, dzwoni telefon, że skoro już tu jestem to mogę zrobić misję z gonieniem tej pijanej olbrzymiej pomarańczy [ !  ;] ], ale uznaję, że najpierw musże podreperować sobie życie. Idę do baru mlecznego w tym budynku, nad jednym kolesiem po drodze wyswietla się napis ‘he wants to speak with you’, ale olewam to, mam wazniejsze sprawy na głowie. Podchodzę do lady i po krótkim dialogu kupuję jakieś mięsne ‘danie dnia’, za które płacę równo dolara.
Siadam z żarciem [okazuje się, że to pierogi plus jakaś surówka, a wszystko wymieszane z makaronem z zupki chińskiej] do stołu, część osób wychodzi z baru pozostałe cztery stoły [ok. sześcioosobowe] – jak się okazuje – zajmują agenci, mający mnie ochraniać. Dostają opieprz ode mnie, że wpieprzają, zamiast się mną zajmować. Gadam z tym, siedzacym najbliżej mnie, który stwierdza, że on na akcję nie pójdzie z pustym żołądkiem, to mu tłumaczę [patrząc za okno na dach sąsiedniego budyku, gdzie błąka się samotny gołąb], że wg Geralta nie warto iść z pełnym żołądkiem do walki, bo później tylko syf w jelitach jest i paskudniejsze rany się robią, na co koleś odpowiada, żebym wypluła te słowa i…
Budzę się ;)

h1

A później znowu…

grudzień 26, 2008

Samolot, którym lecę [jako pasażerka - bez przesady] rozbija się w czasie przelotu nad Chile z powodu wystąpienia trąby powietrznej, w tym momencie warto napomknąć, że jestem politykiem bardzo nielubianym w tym kraju, więc lepiej, żebym nie ujawniała swojej tożsamości. Wygrzebuję się małopoobijana z wraku [ ;] ], żeby obserwować jak na ziemi też panuje panika, ludzie uciekają, nawet nie wiedzą, gdzie, ale uciekają najszybciej jak potrafią, choć czasem są w stanie tylko się czołgać. A i to ułatwia sprawę, przecież nikt nie zwróci na mnie uwagi teraz, może uda się przetrwać. Idę ulicą, dziwnie spokojna, jakby lekko zrezygnowana, ale w żadnym wypadku się nie poddaję, bo idę spokojnym, ale zdecydowanym krokiem, tu nie ma czasu na to, żeby się wlec. Zmierzam do najbliższego budynku, który został w całości, bo większość tego, co widzę to ruiny, zgliszcza i straszny syf, a do tego zapada zmierzch. Wchodzę do budynku – szkoły, mrugam

i już widzę świat oczyma kogoś innego. Siedzę w ławce i piszę maturę, w klasie jest bardzo ciemno, przyświecam sobie zegarkiem od czasu do czasu, bo inaczej nie da rady. W końcu odzywam się z uprzejmym pytaniem, czy można by zaświecić światło, nauczyciel łaskawie rusza dupsko zza biurka, próbuje pstryknąć światło, ale nic z tego – nie ma prądu. Otwiera drzwi na korytarz – tam jest normalnie jasno, ktoś się dziwi, że to niemożliwe, że cośtam, ja coś mówię o tym, że inne fazy, że to dlatego, ale odwraca naszą uwagę od tego tematu fakt, że na korytarzu panuje chaos ;) ludzie uciekają, krzyczą – ogólnie nie jest wesoło. Wstaję, żeby zerknąć za drzwi i oprócz chaosu widzę sunącą korytarzem w moim kierunku niewielką, ale śmiercionośną [pozostawia za sobą syf i rozprute flaki] trąbę powietrzną. Zatrzaskuję drzwi [zanim to robię, widzę na korytarzu chłopaka, który trzyma fotel, na którym siedzi kto inny], trzymamy je wszyscy, żeby jakoś to oddzielić od nas, po jakimś czasie hałasy ustają, wyglądamy na zewnątrz, zauważam, ze tamten koleś [choć martwy], trzyma dalej połowę fotela z nogami tej drugiej osoby, a jej resztka leży gdzieś dalej. Dość przytomnie postanawiam uciekać. Idę przez szkołę, czaję się trochę, w końcu docieram do windy. Drzwi rozsuwają się, a w windzie leżą zwłoki mężczyzny i w kącie stoi kobieta. Jest nienaturalnie spokojna, wręcz odprężona – dlatego uznaję, ze chyba lepiej nie pakować się tam. Drzwi zamykają się, a mnie ogrania jakiś dziwny niepokój – strach, ale taki, który nakazuje czujność, a nie jakiś irracjonalny lęk, rozglądam się uważnie, w końcu mrugam i

jak otwieram oczy, to winda, w której jechałam* zatrzymuje się, przestępuję nad zwłokami jakiegoś faceta i wychodzę; spokojnym krokiem wychodzę z budynku – ulice są puste, panuje cisza, tylko gdzieś słychać pożar/płomienie, jest ciemno. Wsiadam do pierwszego lepszego samochodu, mrugam i

jestem znowu panią polityk, siedzę w tym aucie, ruszam za jedynym samochodem, jaki udaje mi się wypatrzeć. Jadę przez jakieś wiochy za nim, w końcu zjeżdża na pobocze, a ja z braku lepszego pomysłu robię to samo, w końcu to może być jedna z nielicznych żywych jeszcze osób. Z tamtego auta wysiada jakaś zadbana, starsza pani i patrzy na mnie życzliwie, aż za życzliwie. Po wyjściu z samochodu rozmawiam z nią przez chwile, próbując jej wyjaśnić, ze mieszkam tuz obok [to oczywiście marny wkręt, ale musze powiedzieć cokolwiek], kobieta nie daje się przekonać, nie wierzy mi. Zerkam na tablicę ogłoszeń tuż obok, gdzie napisane jest coś o urzędzie pocztowym w Verdun, więc od razu rzucam historyjką, że nie wiem, co się ze mną dzieje, muszę wrócić do Verdun, gdzie jest mój dom, ale nie mam pojęcia, jak tam dojechać. Kobieta bezproblemowo tłumaczy mi, gdzie to jest, wsiadam w samochód i odjeżdżam. Jadę, jadę… mrugam i

;)

po otwarciu oczu okazuje się, ze nie jadę sama. Jest nas kilkoro, jedziemy autostradą w Polsce, celem jest “Zachód”. Musimy zrobić przystanek, bo jakieś dziecko się zlało/porzygało/już sama nie wiem, zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Tam tylko jedna osoba z obsługi, a tak pustki, ani jednego samochodu. Wychodzimy, korzystam z okazji, idę do kibla, po chwili już mnie wołają, że trzeba jak najszybciej jechać. Wyłażę, a na stacji pełno samochodów, autobusów i tak dalej. Dziwi mnie to. Pytam kierowcę, dlaczego właściwie jedziemy na ten “Zachód” – okazuje się, że uciekamy przed ‘falą’ trąb powietrznych jaka ogarnęła… opolszczyznę ;)

Budzę się

*) – to chyba dość oczywiste, że jestem kobietą, którą chwilę wcześniej oglądałam oczyma ‘maturzystki’ ;)

Mam nadzieję, że Święta mijają miło :P Sen jest już dość stary, ale wydaje mi się, że jest wart uwagi.

h1

Something BIG.

październik 29, 2008

Jestem w sklepie z zabawkami, prowadzę wojnę dzieci z dorosłymi, walczę po stronie dzieci. Jakiś facet obrywa ode mnie solidnie przez łeb kilka razy wielkim pudłem lego za [pamiętam :P ] 749 zł. Po czym odkładam je na miejsce i mam krótki przebłysk świadomości pt. “To dlatego te zabawki mają zawsze takie wymiętolone opakowania…” Wojna trwa i trwa, w końcu ktoś z ich strony prosi mnie o rozejm, rzucają mi kartę SIM z heyah i – gdy prostuję się po podniesieniu jej z ziemi – okazuje się, że jestem na korytarzu jakiegoś akademika. Każde drzwi są z solidnego drewna, rzeźbione, jakby każde z nich było biurem. I tak chyba jest, bo na każdych jest plakietka jakaś typu “Odzyskiwanie długów, pogróżki, pobicia – pełen serwis” plus lista nazwisk trójki mieszkańców ["Najlepsza obsługa!"], na innych tabliczka informuje o tym, że ściągają simlocki, jednak niestety nie mają kart do telefonu na sprzedaż [muszę podładować konto na tej karcie telefonie, żeby rokowania prowadzić]. Spotykam dwójkę chłopaków [kart nie sprzedają], jeden z nich stwierdza, że mnie zna z jakiegoś snu, odpowiadam, że kojarzę ich obu, bo śnili mi się już kiedyś, choć ich nie znam [i to prawda, już kiedyś byli statystami w moich snach ;)]. Szukam dalej [na każdych drzwiach jest jakaś plakietka, ale nie czytam wszystkich], schodzę w końcu na dół, trafiam na portiernię, gdzie leży moja legitymacja, choć przed chwilą widziałam ją w portfelu, szukając kasy na kartę. Okazuje się, że muszę gdzieś wpisać datę urodzenia i dzisiejszą datę [odpowiednio wpisuję 20 XI 1985 i 21 X 2011], żeby portierka wydała jakąkolwiek legitkę komukolwiek.

Zmiana wątku, jestem z matką w domu kogoś, kogo znam i kto mieszka blisko mnie, jest tam też dziecko, które już łazi i mówi, mam się nim zająć z matką moją, bo jego rodzice wychodzą i wychodzi też niski, starszy facet w stroju spidermana, z plecakiem w kształcie miśka i ortalionową kurtką przewiązaną w pasie [nie dziwi mnie to, to jest najlepsze]. Zostajemy tam same w trójkę. Zauważam drzwi, które do tej pory zawsze zasłonięte były lustrem, zostawiam moją matkę z tą młodą i przechodzę przez nie.
Co to? No pewnie, że przejście do innego wymiaru :D Wszystko staje się nierzeczywiste, jakby ulepione z plasteliny [ja też], a  ziemia, trawa, krzaki z materiału [jakiś filc], czyli jak w starej bajce. Jestem jednocześnie jakimś niedźwiedziem i trzecioosobowym narratorem [później rola narratora przeważa, bo już nic nie widzę oczami misia]. Idę z jakimś zającem, który podsuwa mi marchewki, co już widzę z trzeciej perspektywy, narrator wie, że coś złego ma się stać [że w tym królestwie rządzi zły leptoptak [!], który pożera tych, co zbłądzą w to miejsce], miś jest trochę nieufny, ale nic z tym nie robi, bo ma ochotę zjeść kartofli, mówi to na głos i puf, wyrastają te takie śmieszne roślinki kawałek dalej na ścieżce [ogólnie rzecz biorąc scenerię stanowi zielony las, trawa, słońce, sielanka], tu narrator już wie, że zając też jest zły, bo jak miś zjada krzaka kartofli, żeby dostać się do części właściwej, podziemnej, toooo… zając wyciąga mu owe kartofle [nieprzetworzone] z dupy [nie szukając daleko słów] i zjada je sam. Miś jest zdezorientowany, bo nie wie, co się dzieje z bulwami. W tym momencie ja-narrator widzę, że leptoptak [który występuje w postaci wielkiej czarnej macki] wysyła kawałek macki na zwiad [jakieś 20 cm ma], zadeptuję to glanem i krzyczę do misia, że musimy uciekać. Uciekamy, przez drzwi przechodzę tylko ja [ale to dobrze, czyli tak, jak przez nie weszłam, tak i wyszłam] – rzeczywistość wygląda znów zwyczajnie. Gadam przez chwilę z matką, wychodzę znów na korytarz i widzę, ze leptoptak się wkurwił, bo zesłał przez drzwi płomienie. Wiem, że dom spłonie. Chcemy uciekać, przypomina mi się młoda w drugim pokoju. Wysyłam matkę, żeby uciekła, wracam po młodą, zabieram ją i moją poduszkę [!]. Uciekamy, na zewnątrz oddaję dziecko mojej matce i wracam, żeby to próbować ugasić. Staram się zalać wodą, co się da, żeby było mokre i zimne, szkoda, że mam do dyspozycji tylko kubek. W końcu wychodzę stamtąd i gdzieś idę. Wracam do siebie do domu po jakimś czasie, patrzę przez okno na tamten budynek, właśnie jest dogaszany, ucierpiało tylko piętro, na którym byłyśmy. Teraz wszyscy z widłami cośtam na górze grabią. Reszta grabi liście u mnie w ogródku. Zauważam w oknie pokoju płomienie, ale okazuje się, że to tylko ochłap przyniesiony przez wiatr [osmołowana szmata to lepsze słowo], łatwo to gaszę, używając ręcznika.
Na podwórko wjeżdża samochód na zagranicznych tablicach, wielki sedan [jak dla mnie ;) klasa wielkości jak mondeo], który na holu ma drugi takiej samej klasy, a na końcu jeszcze przyczepa – klatka druciana, z równie drucianą podłogą, a w niej czarny, zwykły kotek. Okazuje się, że zna się z moim, nie gryzą się ani nic. To moja siostra przyjechała. Gadanie z wszystkimi  o głupotach, o grabieniu liści, w końcu chwali się, jaki wózek kupili dla swojej młodej. A chwali się tak, że pokazuje hologram, jak pokazywano projekty Gwiazdy Śmierci w Zemście Sithów – wygląda on mniej wiecej jak pojazd do podróży kosmicznych zbudowany w filmie “Kontakt”. Opieprzam ludzi, że nie uważają na koty, jak wychodzą z domu.

Zmiana wątku. Wchodzę do ksera we wrc z jakimś chłopakiem [młodym facetem], który rozmawia ze mną o pierdołach, ale m.in. też o tym, dlaczego sam wychowuje dziecko [prowadzi je za rękę przy okazji]. Słucham go dość nieuważnie, szukam czegoś, przechodzę obok sterty ręczników, rękawiczek i fartuchów, przechodzę do częśći właściwej ksera, która oddzielona jest od reszty szybą pancerną, nosi ślady kul. Gadam z kobietami z ksera, pytają mnie o jakieś katedry na AM, o jednej wiem, bo z mojego wydziału, o drugiej nie, bo bardziej lekarska, więc się oburzam, że skąd mam wiedzieć, śmiejemy się, że nie jestem z medycyny blabla. Wychodzimy, słyszę jak jedna gada z drugą “ej, ale na niego mówią Kotórz, to ponoć dlatego, że opolszczyzna”, odwracam się i mówię “ej, na kogo? może zn…” i ktoś mnie wypycha za drzwi. Okazuje się, że tego chłopaka już nie ma, jest mój samiec, jakaś dziewczyna i jakiś chłopak inny. Wychodzimy, jesteśmy objuczeni torbami, bo okazuje się, że wyszliśmy z dworca głównego w opolu, a nie z ksera we wrc [mały timetravel]. Rozchodzimy się, tylko ja muszę czkać na autobus powrotny, siedzę pod murem jakiegoś budynku w niebieskiej spódniczce do kolan i – po jakimś czasie – budzę się.

h1

Czas leci

październik 25, 2008

Takie coś chciałabym na urodziny.

Sen był tak dziwny, że trudno jest mi skleić w całość to, co pamiętam… Ogólnie konwencja była trochę komiksowa, niby sen był zwyczajny, ale czasem wydawał się być animowany. Próbowałam zabić swoim biednym półtorakiem wielkiego demona z jeszcze większym ognistym mieczem. Ten tylko stał i przyglądał się moim zmaganiom, śmiał się, dziad jeden. Szłam za nim, próbowałam go skrzywdzić, dźgałam po nogach [tylko tak wysoko mogłam sięgnąć]. Wspinałam się na skarpę z użyciem wszystkich czterech kończyn, gdy już osiągnęłam szczyt, okazało się, że muszę przejść przez portal, żeby… wejść do kolejnego rodziału [yeah], a demon czekał, narzekając, że się ociągam. Sięgnęłam za krawędź skarpy, żeby wydostać się całkiem na górę, ale najpierw musiałam sięgnąć po zwyczajną myszkę i ów portal kliknąć :P [Jak teraz o tym myślę, to strasznie mi ta zabawa śmierdzi 'BaalRunem']
Przeniosło mnie więc do następnego rozdziału, trzymałam w dłoniach przez chwile planetę, z której jednocześnie spadałam, by wylądować na pustyni… na Tatooine. Wokół prędko zebrała się masa Jawa’ów. Zdołali mnie związać, musiałam ich przekonać, że nie jestem niewolnikiem. Tymczasem widziałam jak na jakimś innym planie egzystencji grupka osób [bogów?] wpatruje się w jakąś dziurę, gdzie widać było jakby w pomniejszeniu zielone łąki, dżunglę… Cieszyli się, że mają jakość prawie jak HD ‘tych tam na dole’.

Było więcej akcji, ale niestety moje notatki sporządzone po przebudzeniu nie wystarczyły, żeby je ująć ;) Najlepszy był moment, gdy przechodziłam z jednego świata do drugiego, nie da się tego opisać. Widziałąm właśnie dżungle, wodospady, ale jednocześnie wielką, pustą przestrzeń i tą pustynię, na której w końcuprzyszło mi posadzić dupę. Aj, aj, to trzeba widzieć ;)

h1

Psychodelia welcome to.

sierpień 14, 2008

Kiedyś… Było kiedyś. Teraz mam sny. Tylko. W dzisiejszym nie było nikogo, kogo mogłabym nazwać z imienia i nazwiska. W sumie szkoda…

Zima w górach, nie tak daleko widzę ośnieżone ostre szczyty, z jednego jakby wisi kawał śniegu. Siedzę na ziemi, a  kilka metrów dalej ktoś rąbie drewno. Naokoło mnie nie ma śniegu. Rozmawiamy o tym, ile zwykle śniegu bywa ‘u mnie’ [stwierdzam, że zwykle góra do kolan], a ile tutaj w górach – dowiaduję się, że zazwyczaj kończy się na trzech metrach. Oczywiście, zazdroszczę. Jestem upominana, że mówię ciut za głośno, ale na nic się to nie zdaje, bo z najbliższego szczytu odrywa się wspomniany kawał śniegu i spada nieopodal. Zrywam się, żeby podbiec i przyjrzeć się z bliska, jedkak zostaję zatrzymana, bo zza szczytów wylatują trzy wielkie stwory. Pierwsza myśl – Nazgule. Okazuje się, że to jakieś pomniejsze [czyt. długości oktrzydziestu metrów] smoki. Mają płonące ślepia i błyszczące łuski, co widzę świetnie, gdy przelatują tuż nade mną, przewracając mnie przy okazji. Dowiaduję się, że są ślepe – atakują tylko to, co mogą usłyszeć. Krążą nad nami jeszcze przez jakiś czas, po czym odlatują. Zauważam wtedy, że domek, który cały czas spokojnie stał obok został jakby… obudowany projekcją mojej wyobraźni [yeah...]. Wygląda teraz jak kościół z czerwonej cegły, masa witraży. Jakiś taki neogotycki. Rozpoznaję, że to swego rodzaju projekcja, bo niektóre – niedostępne z poziomu ziemi – elementy ciągle się zmieniają [kolory, kształt]. Na jego ścianach jednak widać obrazki z kośćmi do gry, stosikami żetonów – wygląda na to, że to jakiś dom gry. Wiem, że nie wolno go dotknąć. Choć nie wiem czemu. Jednak facet, z którym rozmawiałam wcześniej przewraca się i uderza w ścianę czołem. Słychać jakieś głosy… Odprowadzam go od drugiej strony, by wprowadzić go do domku, a sama wracam i cholernie nieprzekonująco błagam o litość. Staram się rozpłakać, żeby wypaść bardziej wiarygodnie. Coś się udaje, coś nie wychodzi. Rozmawiam z kimś, kogo nie widzę. Ostatecznie przełaczam jakiś pstryczek, a ściany przedsionka, w którym się znalazłam zaczynają falować, jak zerwane ściany namiotu, pod wpływem silnego wiatru.

Zmiana wątku. Wchodzę do gabinetu okulisty [dwa krzesła, biurko, coś, na czym można się położyć]. Kobieta uznaje, że kąciki moich oczu są krzywe… Rozmawiamy, wchodzi jakiś chłopak potrzebujący zwolnienia na dzień dzisiejszy. Dostaje je bez problemu, kobieta śmieje się, czy nie wypisać mu recepty z czymś na lenistwo, ale robi to dość nerwowo. Cwaniaczek uśmiecha się głupio, łapie zwolnienie [są na nim wypisane wszystkie lekcje i sale, w których mają się odbyć] i wychodzi. Okulistka znów zwraca jakąśtam uwagę na mnie. Każe mi się położyć na leżance, na której oparcie można znaleźć na odcinku “łopatki – tyłek” i łydki. Reszta nie istnieje. Kładę się, a ona jakoś naciąga mi kąciki oczu [omg...], bardzo nieprzyjemne uczucie. Przez jakiś czas później jeszcze czuję tepy ból w skroniach, a ona mówi, że należy to w jakiś sposób utrwalić. W tym celu musimy gdzieś jechać.
To jakiś duży pojazd, wygląda na bardzo solidny [od tej chwili widzę wszystko z lotu ptaka]. Na wysięgniku, który wisi po prawej stronie, jest zawieszony ładunek przyczepiony substancją, która ma być zastosowana do tych moich kącików… Trzyma jak diabli i trochę mnie to zaczyna stresować. W każdym razie droga obrośnięta po bokach jest drzewami, niektóre rosną bliżej inne dalej. Gdy wysięgnik w takie uderzy, obraca się wokół samochodu dość intensywnie i trzeba liczyć tylko na to, by akurat na drugim pasie nic nie jechało. Wszystko układa się dobrze, oczywiście, do pewnego momentu, gdy z drugiej strony jedzie tir. Samochód wyrzuca dość wysoko w powietrze [nie czepiać się, mój sen :P ]. Ląduje w stawie… Widok powoli tonącego pojazdu nie jest szczególnie miły, a gdy woda prawie zamyka się nad tym, co jeszcze zostało na powierzchni, widzę na środku ekranu [!] biały napis “To be continued”… Jakbym oglądała film. W tym momencie wiedziałam, że w samochodzie była kobieta i mężczyzna, a nie – jak na początku myślałam – dwie kobiety, w tym i ja.
Od razu zaczął się kolejny ‘odcinek’. Pierwszą sceną było jak pośród piasku na polepie ziemianki pojawia się nagi facet z samochodu z tatuażem na plecach “WILL WORK (DIG) FOR KEBAB”. Akcja dzieje się w Palestynie w czasach Jezusa. Chłopak zostaje uznany za Mesjasza i wokół tego kręci się akcja, której dokładnie nie pamiętam, kobietę chcą ukamienować [tą okulistkę...]. Na razie widzę ich dalej w perspektywnie osoby trzeciej, nie mam wpływu na fabułę. Próbują jakoś wydostać się z tych czasów, w wyniku czego znów coś wyrzuca ich w powietrze w jakimś pojeździe i lądują w “Świętym stawie”, a ja znowu widzę “To be continued”. Wkraczam do akcji. :P Chcę ich jakoś stamtąd wydostać, ale nie mogę choćby patykiem grzebać w “świętym stawie”.
On tym razem odradza się na szczycie góry, u stóp posągu Jezusa, na którego lewym ramieniu wspiera się stopa anioła, na którego głowie spoczywa stopa kolejnego skrzydlatego [nie pytać...]. Ludzie przestają wierzyć, że chłopak jest tym, za którego go uznawali, ale dostają jakoby dowód… Bo posąg ożywa, on łapie się wspomnianych stóp, anioły zaś wznoszą się w powietrze i dostarczają go na ziemię [struktura posągu nie zmienia się]. Jestem jego rzeczniczką prasową [jesteśmy dalej w tamtych realiach czasowych], siadam przed komputerem i widze wyświetloną witrynę z formularzem do wpisywania próśb o cud, u dołu widać notatkę “Jesus will answer, when he has time. Be patient!”. On w tym czasie latał i zdobywał popularność. Ja zaś postanowiłam znaleźć jego towarzyszkę.
Przypuszcza się, że zabarykadowała się w wagonie opuszczonego pociągu. Wchodzę tam z włócznią, jednak z wejścia wyrzuca mnie cios sporą mandarynką w twarz [brzmi jak brzmi, ale bolało jakby mi ktoś sporym kamieniem rzucił w pysk]. Otarłam twarz z krwi i weszłam jeszcze raz, wystraszona okulistka próbowała się jakoś wytłumaczyć, ale cóż… Nawrzeszczałam na nią, że przecież to oczywiste, że przyślą tu najpierw kogoś, kogo ona zna. Miała ze sobą tekturowe pudełeczko z jeszcze trzema mandarynkami i czymś dziwnym [kalafior? mózg? wata?].
Później rozgrywaliśmy [ja i "Jezus"] w gospodzie mecz tenisa ziemnego na zestawionych ze sobą ławach. Warunkiem mojej gry było “postawienie mi kilku piw” i – jak to do przeciwnika powiedziałam – “And no cheating!”.
W tym momencie przyszedł czas, żeby wreszcie się obudzić. ;)

h1

So GOOGLE it!

sierpień 8, 2008

Dawno tego nie było, nie wiem, czy warto jeszcze wspominać takie tematy, ale postaram się wybrać kilka perełek.

Google przysłało mi tu takich ludzi…

dlaczego potrafie pomoc innym a sobie ni – Prędzej chciałabym się dowiedzieć, jak to zrównoważyć.

opisy gg czemu cie nie ma na wyciagnieci – ręki? Ha, życie jest brutalne.

opisy o sobie na blogach - co kto lubi…

uciekł chomik-jak go znaleźć – to zależy, czy miał szansę wydostania się na zewnątrz domu/mieszkania. Jeśli:
A)  nie miał. I jest prawdopodobnie w tym samym pokoju. Zajrzeć pod wszystkie dostępne meble i na półki. Im bardziej niedostępne dla nas, tym ciekawsze dla chomika. Poobstukiwać meble, żeby ew. go obudzić i w końcu położyć się na środku pokoju, żeby nasłuchiwać. Jak już się wie, gdzie jest, to mamy za soba połowę roboty. [Sama wypróbowałam ten system]
B) miał. To jest problem. Pozamykać wszystko, upewnić się, czy ew. nie ma go w pokoju. Jeśli mógł wyleźć na dwór to prawdopodobnie daleko nie uciekł, przeczesać podwórko, krzaki. Ja chomika współlokatorów wypatrzyłam na balkonie sąsiadów, dzięki wyjątkowo mocnym okularom [pożyczonym, nie mam aż tak dużej wady wzroku]. W tym przypadku przydaje się dużo szczęścia. niestety.

jak odnaleźć kota – ogłoszenia, telefon do schroniska, jeśli jest w pobliżu. I szukanie ‘czynne’. Obym nigdy nie musiała tego wypróbować…

czemu nie dzwoni? - ona czy on? Ona pewnie dlatego, ze nie może się na to zdobyć/wcale nie zamierza zadzwonić. On? Pewnie nawet na o nie wpadł, że czekasz. ;) A może po prostu telefon zdechł? :P

do czego pasuje waga – do łazienki :P Nie, poważnie, nie ma się co zastanawiać nad znakami zodiaku i szukać na ich podstawie kogoś.

kobietki prywatnie - tylko raz się pojawiło w ciągu miesiąca! *duma*

samica kłapoucha? - czemu pluszowy osioł miałby mieć jakąś samicę? Kłapouchego?

opisy na gg- gdy chłopak rzuci ; opisy na gg o tym ze chlopak cie przezyw ; jakies opisy o sobie czy cos w tym stylu – no nie. Wbrew pozorom, to nie jest strona, na której można odnaleźć tak błyskotliwe informacje :P Jak Cię rzucił, olej go. Jak Cię przezywa, przywal mu w pysk. Jak chcesz pisać o sobie… Powstrzymaj się ;) I nie trać czasu na myślenie nad opisem na gg.

jak rosnie chomik bengalski - wzdłuż i wszerz, później tylko wszerz. Ale jakoś się ten wzrost nazywał… Aj, aj, matura z biologii…

kaszel u psow zwiazany ze szczekaniem – sugeruję pilną konsultację z weterynarzem. Porządnym.

Kilka haseł o snach, sennikach, kobietach wampirach [nie wybaczę tych lolitek]… W zasadzie nic interesującego. To już nie te czasy.

Sny…

Zostałam wysłana przez członków rodziny do jakiegoś magazynu, skąd miałam przynieść żywność i piwo. Byłam załadowana, żarcie i puszki przyczepione były do mnie tak, jak to tylko możliwe – m.in. wetknięte w spodnie, a i tak miałam problemy z utrzymaniem tego wszystkiego. W zębach trzymałam paragon – 70,49 [miałam go, choć nie płaciłam]. Miałam kupić “Carlsberga, jakieś Piwo i kilka piw” – powiedziane to było właśnie w ten sposób. Wychodzi na to, że jedzenie wyszło z mojej inicjatywy. Sam magazyn był dość spory, pełno w nim było ludzi, głównie jacyś obszarpańcy. Widać było, że im się nie przelewa. Towary były byle jak rozrzucone na metalowych regałach, swoją drogą – wysokich. Miałam pewne kłopoty, gdy próbowałam coś stamtąd ściągnąć.
Gdy wracałam, poszłam w inne miejsce [choć ostatecznie to właśnie tam miałam iść]. Trafiłam na lekcję muzyki, spotkałam tam kilka osób ze swojego roku. Umawialiśmy się na wyjście do kina na jakiś horror [ja. ja chciałam iść na horror]. Jednak wcześniej, w momencie, gdy wchodziłam do klasy, z zaplecza wyszła królewna Fiona [!]. Ucieszyłam się na jej widok i stwierdziłam “Nie złapali Cię”, ktoś powiedział, że trzeba ją ukryć, bo za łatwo będą mogli ją znaleźć… Była [słusznie] oskarżona o morderstwo. Sama klasa była sporym pomieszczeniem ze starymi, zniszczonymi ławkami, każda obsadzona przez dwie osoby.
Po chwili okazało się, że jesteśmy już w kinie, jednak wyszłam z koleżanką, by zamówić bilety na ten – właśnie trwający – seans, w kasie dowiedziałyśmy się…
- No tak, sala gimnastyczna jest wolna – kobieta pokazała nam rozkład krzeseł.
- Znajdą się cztery obok siebie? – to akurat ja.
- Coś Ty, Kasia. Ja słyszałam o conajmniej trzynastu osobach…

Po drodze z klasy/sali do kasy i z powrotem musiałyśmy uważać na szlające się grupki znudzonych żołnierzy, którzy mieli skłonność do strzelania przed zadawaniem pytań i – co brzmi jeszcze lepiej – na jakieś kilkanaście metrów przed samym wejściem do kina, gonić nas zaczął [zaczęło?] Yeti. Duże, futrzaste, białoszare Yeti. Chyba nie potrafiło otworzyć drzwi do kina. Na nasze szczęście.
Na sali było szesnaście miejsc. Ostatecznie siedzieliśmy porozdzielani przez obce nam osoby [wiem, że to brzmi dziwnie biorąc pod uwagę liczę osób i miejsc ;) ]. Na horror starałam się nie patrzeć [szybka decyzja, nie ma co], więc trudno mi napisać coś o nim, ale był raczej niesmaczny niż straszny. Dużo robali, takie tam. Nikogo raczej nie ruszał, może co wrażliwsze panienki ;)